sobota, 30 lipca 2016

Bourne, rozdział 01

Notka Jacquelin

Spokojne miasteczko, spokojna szkoła... I dwie niespokojne dziewczyny na dachu spokojnej szkoły w spokojnego miasteczka. Ironio...
Wraz z siostrą siedziałyśmy na dachu, a obok nas dwa wiadra z wodą. Czekałyśmy, aż bliźniaczki
Kaulitz pojawią się przed szkołą.
-Zemsta ma wyjątkowo słodki smak, prawda Lu?- spytałam moją siostrę siedząca obok.
-Taa... Najchętniej to bym Kauliztów zabiła za te pszczoły, ale... -odpowiedziała zielonooka blondynka siedząca koło mnie.
-No właśnie. Nie cierpię pszczół.-wzdrygnęłam się na samo wspomnienie. Jakieś dwa tygodnie temu bliźniacy wykręcili nam swoisty „żart”. Obie z siostrą jesteśmy uczulone na pszczoły. Lu, niestety bardziej niż ja. Najgorsze jest to, że te dwie podróbki facetów o tym wiedzą. I ten ich ”żart” polegał na włożeniu nam do szafek, piórników i czego tam chcecie masy rozwścieczonych pszczół. Wynik tego był taki, że ja chodziłam wkurwiona tak bardzo, że gdyby któryś z Kaulitzów stanął mi na drodze to bym rozszarpała, a strzepmy wsadziła do słoika i zostawiła sobie  na pamiątkę. O ile ja jakoś to przeżyłam to moja siostrzyczka już nie. Ona trafiła do szpitala, a potem siedziała w domu cała opuchnięta.
-In rusz ociężałe dupsko! Ofiary losu idą.-syknęła moja siostra w pewnym momencie. Młodsze dziecko moich rodziców jest kompletnym niedorobem. Nie potrafi nawet się zmusić żeby powiedzieć Lin, a co dopiero całe moje imię Jacquelin. Ught... Ona jest czasem kochana, ale czasem... po prostu mam jej dość.
-Dobra wiadra w dłoń i na trzy. Raz...-zaczęłam odliczanie. Bliźniaki byli coraz bliżej szkoły.
-Dwa...- Tom i Bill byli już tylko o kilka metrów od drzwi szkoły.
-Trzy! -wrzasnęłyśmy razem. Dziesięć litrów wody zleciało na głowy czarnowłosego i dreda.
Ach... Cudowny widok. Temu pseudo-wokaliście rozwaliła sie cała fryzura i makijaż. Czułam się dumna, że się do tego przyczyniłam.
Zanim te dwie zmory naszego życia zorientowały się, że to panny Bourne są sprawczyniami tej porannej „kąpieli”ja i moja blond wspólniczka zwiewałyśmy już z dachu. W pewnym momencie Lu zatrzymała się przy krawędzi dachu. Nie powiem nasza szkoła nie jest jakimś tam wygórowanym wieżowcem. Właściwie byłyśmy na poziomie drugiego piętra, czyli jakieś niecałe dziesięć metrów nad ziemią.
Ale wracając do całokształtu. Moja mądra siostra stała nas krańcem dachu i dziwnie się na mnie spojrzała. Kiedy do niej podeszłam zobaczyłam zbitkę piasku, który jest składowany z powodu przebudowy boiska.
-Elizabeth- zawszę tak mówię kiedy chcę ją zdenerwować, bądź kiedy się jej boję - jeśli myślisz, że JA skocze na ten piasek to masz ciężko uszkodzony narząd myślowy, a poza tym...-na prawdę próbowałam wybić jej z głowy ten głupi pomysł. Starałam się, a wiecie co ta jędza zrobiła?
-In, nie masz wyboru.- I mnie popchnęła.
Zanim zdążyłam się na nią oburzyć i ponawrzucać na nią jeszcze trochę, kompletnie przyznałam jej racje. Kiedy się zbierałyśmy z tego ( nie powiem brudnego) piasku, Kaulitzowie byli już na dachu.
-Sprintem!- to było ulubione słowo mojej siostrzyczki. I zawsze mi to robiła. I to zawsze jak miałam niewygodne buty. Nie pozostało mi nic innego niż pobiec za nią. Tuż za nami biegli bliźniacy, a ich widok wyraźnie wskazywał na to, że nie są amatorami sportów... ja z resztą też.
Już prawie, prawie byłyśmy w szkole, jeszcze tylko trochę...
BUM!!!
Jak z pod ziemi wyrosła Raskolnikowa. Najgorsza, najpodlejsza, wiedźma w całej szkole. Uczyła chemii. Nienawidziła mnie. Najchętniej by mnie zabiła. Ale powody tego wyjaśnię kiedy indziej. Kiedy moja siostrzyczka wyhamowała gwałtownie przed tym wampirem w ludzkiej skórze, ja nie omieszkałam na nią wpaść. No co? Mówiłam, że nie przepadam za WF-em.
Te dwa złamasy też na nas wpadły. Właściwie to nic dziwnego. Odstawiamy takie sceny od przedszkola.
Ale widocznie baba od chemii po roku miała nas już dość.
-Baurne, Kaulitz...? Znów wy? Czy wy nie możecie sie zachowywać normalnie?-westchnęła słabym głosem. Czy ona myśli, że ja mistrzyni kłamstw i wykorzystywanie w to uwierzę? Dobre sobie! Ale już po chwili dodała drąc się na całą szkołę- Kaulitz, Beurne do dyrektora!!!
Cool... Znów lądujemy u dyrektora. Ten chyba też ma nas dość. Nie mieliśmy innego wyjścia niż pod czujnym okiem nauczycielki udać się do headmasera naszej szkółki. No cóż... Ja i moja siostra się różnimy jak dzień i noc. Ja słucham racka gotyckiego ( nie, nie tego co grają te podróbki Kaulitze), a ona agresywnego rapu, czy Hip-Hopu nie znam się na tym. Ja noszę krótkie spódniczki, i mam długie włosy w kolorze czekolady. Lulu zaś nosi ciuchy bardzo sportowe, długie poszarpane spodnie i bluzy z kapturem, lubi wszelkie przejawy sportu, a już najbardziej te swoje zasyfione rolki. Ja umawiam się na tysiące randek, a ona tylko się uczy, biega, albo spędza czas na znęcaniu się nad Kautzami. Nie powiem. Tą ostatnią rozrywkę ja również preferuje.
Dziwne... „poczułam” jak ktoś patrzy na moje nogi. Byłam do tego przyzwyczajona, bo dużo chłopaków patrzy się na moje nogi, bo jestem właścicielką jednych z najzgrabniejszych i najczęściej odkrywanych nóg w naszej prowincjonalnej szkole. Ale chciałam się do wiedzieć, który z tych debili się mi przygląda. Bo raczej wampirzyca nie patrzyłaby mi się na nogi.
Rozejrzałam się wokół. Starszy Kaulitz kontemplował dupsko mojej siostry, a więc...
-Bill... wiesz kotku... Ja wiem, że mam ładne nogi, ale do cholery mógłbyś przenieść wzrok gdzieś indziej? Czuje się maltretowana.-powiedziałam najsłodziej jak umiałam i zbliżyłam się do czarnowłosego tak, że właściwie ocierałam się o jego biodro. Boże, czemuś mnie pokarał tak niskim wzrostem? Za co?
-Bourne daj mi spokój. Nie patrzyłem ci wcale na nogi.- odpowiedział cicho. Mądry chłopiec. Nie chciał żeby nas nietoperzyca usłyszała i słusznie. Stanęłam na palcach, niby „przypadkiem”; się zachwiałam i złapałam młodszego Kaulitza za ramie. Podniosłam się i szepnęłam mu do ucha.
-Wiesz Kaulitz... Ja bym Ci chętnie pokazała zacznie więcej niż nogi. Gdybyś tylko...- w tymh momencie lekko przygryzłam płatek jego ucha. Raskolnikowa niczego nie widziała, bo moje długie włosy zasłaniały jej widok.- Gdybyś nie był Kaulitzem- wyszeptałam i się od niego odsunęłam.
Widziałam jak jego policzki robią się całe czerwone, a jego wzrok nie spoczywa już na moich nogach, ale błądzi po całym korytarzu w próbie ucieknięcia od moich oczu które uparcie wpatrywały się w jego czekoladowe oczy.
Nie chcę żebyście pomyśleli, że ja się w tym cholernym pedale zakochał. Fujj, ble!!! Nieodczekanie wasze! Niee... To jest część planu. Mojego i Lu. Po prostu stwierdziłyśmy, (po tym numerze z pszczołami), że Kaulizowie tym razem przesadzili i że tego pożałują, bo z pannami z rodziny Bourne się nie zadziera.
Spojrzałam na moją siostrzyczkę. Kłóciła się z Kaulitzem. Upss... Chyba się zorientowała, że ten dupek patrzy się jej na... hym... cztery litery. Ona tego nie lubi. A już w ogóle w wykonaniu starszego bliźniaka. Niestety znaczna część naszej szkoły myśli, że moja siostra jest do mnie podobna. A tu ni cholery. Po prostu większość z moich ex wietrzy w Elizbath szansę miłej nocy tak jak ze mną, ale z tego co wiem moja siostra nie jest chętna w rozkładaniu nóg.
Jestem święcie przekonana, że jest dziewicą. Ale cóż ja na to poradzę, co? Sama przecież jej nie rozdziewiczą. Poza tym najprzyjemniej jest gdy się tego CHCE, bo inaczej to zero przyjemność.
Doszliśmy do gabinetu dyrektora naszej kochanej szkółki. Boże ty mój nieistniejący! Ja te drzwi widzę już chyba z tysięczny raz... To już się pomału nudne robi. Czy nie mogli by czegoś innego wymyślić? Ciekawe co tym razem powie. Dla odmiany go posłucham. Boże? Co ze mną? Jakiś dzień dobroci dla zwierząt, czy co?
Stanęliśmy przed drzwiami dyrektora. Co jak co, ale to właśnie wizyta u headmastera była najmniej przyjemną częścią robienia z Kaulitzów idiotów. Przynajmniej dla mnie. Zawsze musiałam wchodzić do dyrka jako pierwsza i to zazwyczaj mnie się najbardziej obrywało. Z reszta, czy w domu nie było inaczej? Ja miałam pomysł, Lu go dopracowywała i sprawiała, że był realny, a razem go wykonywałyśmy, ale to zawsze ja dostawałam opiernicz i na mnie spadał największy gniew rodziców. Ale u dyrektora było inaczej. On miał mnie juz powoli dość. Przychodziła do niego w odwiedziny na każdej Chemii, matmie, i wraz z Kaulitzem na WoS, i plastyce.
Nie wspominałam, że chodzę wraz z tym głupolem- Kaulitzem do klasy? Na moje nieszczęście chodzę. Kiedyś chodziłam z nimi dwoma, ale się przeniosłam, ale jak się przeniosłam to młodszego bliźniaka też przenieśli. Na wyżej wymienionych przedmiotach siedzimy razem. I właśnie dlatego trafiamy do dyrka. Ale on zawsze się drze bardziej na mnie niż na niego. Ja nie wiem co zawiniłam. Dobra wiem... Wystarczy na mnie spojrzeć. Żaden dyrektor nie lubi takich uczennic jak ja. Czarne ciuchy, włosy za długie i nie uczesane, kolczyk w języku, pępku i chyba z trzy w lewym uchy. Plus oczywiście moje „karygodne” i „lekceważące” zachowanie. Ja przepraszam. Mam już od 31 stycznia siedemnaście lat. Co ja mam robić? Iść do klasztoru?
Nastąpił moment, w którym ktoś musiał otworzyć drzwi. Ta nietoperzyca już się gdzieś ulotniła, zapewne mówiła coś reszcie na dowidzenia, ale ja oczywiście musiałam jej nie słuchać. Taa... I wy się dziwicie, że mnie nie lubi grono pedagogiczne.
-In...-jęknęła mi za plecami Lu. Spojrzałam na nią ze znakiem zapytania w oczach.
-Czego?- odwarknęłam. Wiem... Zaraz to powie. Znów ja mam oberwać. Eght... Życie starszej siostry.
-Nie pytaj się głupio, tylko zrób to.- Powiedziała już nieźle spietrana. Zawsze tak sie zachowywała jak staliśmy przed tymi durnymi drzwiami, a wszyscy patrzyli się na mnie.
-Czy choć raz ty nie mogłabyś się poświęcić? Nie odpowiadaj, znam odpowiedź.-powiedziałam zrezygnowana. Lekko zapukałam do dyrektorskich drzwi i weszłam poprawiając spódniczkę.
Gabinet dyrektora był urządzony jak cała reszta tej głupiej szkółki. Niby skromna, niby taka biedna, ale urządzona z przepychem. Gabinet dyrcia prezentował się wyjątkowo okazale. Piękne dębowe meble od sufitu do wylakierowanej podłogi, wspaniałe wazy z niebieskim ornamentem i okazałej wielkości Juki.
-Lin... co tym razem zrobiłaś? Wymieniłaś p.Raskolnikowej wszystkie powody dla, których jej mąż powinien z nią zerwa? A może wydłubałaś oko Kaulitzowi?- dość przyjemny, głęboki głos faceta po czterdziestce doszedł do moich uszu. No pewnie... nawet nie musiał sie odwracać by wiedzieć kto przyszedł. Ja tam też już się przyzwyczaiłam, podeszłam do fotela i usiadłam na niego wygodnie zakładając nogę na nogę.
-Nie panie dyrektorze. Ale pomysł z wydłubaniem oka Kaulitzowi nie jest taki zły. Wypróbuje go w niedalekiej przyszłości. A Raskolnikowej nie wymieniałam powodów, bo już to robiłam, a ja, prze pana, nie lubię się powtarzać.- odpowiedziałam spokojnie. Facet jeszcze nie zauważył, że nie weszłam do jego gabinetu sama. Ale beka! Po zgrywam się trochę przed Kaulitzami.
-Jacqelin Bourne... Powtarzasz sie od czasu kiedy trafiłaś do tej szkoły. Zdecydowanie za często muszę Cię tu gościć.- Upss... Czyżbym zdenerwowała staruszka? Ale nareszcie się odwrócił i zauważył resztę towarzystwa. Jedno wam mogę powiedzieć: Nie miał zadowolonej miny.
-Nie... wasza czwórka jest moim koszmarem-powiedział sam do siebie. -Dobra, Bourne, Kaulitz mówcie czyja to tym razem wina?-Taa... tak to się zawsze zaczyna. Już mogę sobie odpuścić słuchanie.
-ICH!!-krzyknęły bliźniaczki Kaulitz zanim ja i siora zdążyłyśmy cokolwiek powiedzieć. Oj, oj, oj... Widać, że mamusia nie nauczyła, że pokazywać palcem jest nie ładnie, bo pomalowany na czarno paluch Billa, jak i powykrzywiany palec Toma wskazywał na nas. No dobra zaczynam granie słodkiej idiotki.
-My...?-zaczęłam tym swoim przesłodzonym głosem- ależ panie dyrektorze...
-Lin przymknij się.-dyrektor przerwał mi gwałtownie. To nie fair. Ja się właśnie zaczęłam rozkręcać.- Proszę cię Lin nie rób ze mnie idioty, przecież dobrze wiem, że nie jesteś tak głupia jaką udajesz.
Dyrek wyszedł zza biurka i popatrzył na nasza czwórkę jakby smutnym wzrokiem. Och... Jakież ta sentymentalne... Zaraz z nudów zasnę. Dyrcio westchną zrezygnowany i zaczął tym swoim tonem mówiącym”mam was już po wyżej uszu”
-Dzieciaki... przecież nie jesteście głupie. Możecie się jakoś dogadać. I to bez oblewania wodą.- Facet nareszcie raczył zauważyć, że Kaulitze są cali mokrzy.-Ja was wcale nie rozumiem...
I tu zaczęła się wieża Babel. Mimo, że było nas tylko czworo to na raz zaczęliśmy tłumaczyć sytuację dyrektorowi i krzyczeć na siebie na wzajem. Widziałam jak twarz głowy naszej szkoły staje się coraz czerwona. Wiedziałam, że zaraz nas...
-WYNOCHA MI Z TĄD!!! WZYWAM WASZYCH RODZICÓW!!
... wyrzuci ze swojego gabinetu.
Kiedy wychodziliśmy słyszałam jeszcze za swoimi plecami pomrukiwania Dyrka.
-Przecież nie są głupi. Czemu do nich nic nie dociera? Z samego rana.
No fakt. Jest dopiero w pół do dziewiątej. Fajnie... Jesteśmy zwolnione z reszty lekcji.
Spojrzałam na Lu. Miała dość przygnębiona minę. Ona w przeciwieństwie do mnie lubi szkołę.
Wyszłyśmy przed szkołę i czekałyśmy, aż mama łaskawie raczy się ruszyć i nas odebrać z pod szkoły. W między czasie „bliźniaczki” już się gdzieś zmyły...
****
-Czy wy musicie? Zdajecie sobie sprawę jakie jesteście nieodpowiedzialne? -Tyle usłyszałam os naszej matki na dzień dobry. Dalej coś gadała, ale ja jej nie słuchałam ja zwykle. Lulu za to siedziała grzecznie skruszona i słuchała maminego gadania od czasu pisnęła jedynie krótkie „przepraszam”.
Patrzyłam przez szybę na mijane przez nas domy i ogrody. Kiedy mijałyśmy dom Kaulitzów wóz p.Simon stał przed domem.
To, że nie znoszę Kaulitzów nie znaczy, że nie lubię ich matki. Simon jest strasznie miłą osobą. Co sobotę mam u niej lekcje malarstwa. Strasznie lubię te kilka godzin spędzonych u niej w pracowni na malowaniu i wdychaniu zapachu terpentyny. Jak siedzę u Simon nie muszę wyglądać olśniewając. Nie ma zagrożenia, że Bill, czy Tom będą w domu, bo zazwyczaj w soboty mają wywiady, czy próby.
U pani Simon siedzę sobie w rozciągniętym, starym golfie i jeszcze starszych spodniach. Ech... Kiedyś, jak ja i Lu byłyśmy całkiem malutkie to dowiedziałyśmy dom Kaulitzów niemal co dzień. Nasza matka, która jest projektantką, przyjaźni się z p.Simone. Rozumiecie, coś na kształt artystycznej więzi. Pomiędzy domem bliźniaków, a naszym rośnie kilka drzew. Między innymi jabłoń i dąb. Kiedy tak patrzyłam na tą starą jabłoń pomyślałam, że mam straszną ochotę na zielone jabłko.
Artyści czasem tak mają. Mają ochotę na dziwne rzeczy.. 



Notka Elizabeth



W końcu dojechaliśmy. Po 30 minutowej przejażdżce z mamą, która cały czas ględziła jakie jesteśmy nieodpowiedzialne i In która nie zwracała na to większej uwagi miałam dosyć. Zresztą, czy In się czymkolwiek, kiedykolwiek przejmowała? No właśnie... No chyba, że ten Fabian na nią nie leci... Albo, że ma krzywe kreski nad oczami... Ale żeby przejmować się gadaniem mamy? Och.. nie, bo po co jest młodsza siostra. Czasami czuje się wykorzystana. No bo to ja zawsze musze nas tłumaczyć... Ta najgorsza robota dla młodszej, nie? Ale rekompensowało mi to, że wina szła zawsze na In, a to przeważnie ja to wszystko organizowałam. No, ale wracając do Samochodu. Kiedy mama zaparkowała w końcu samochód w garażu, In od razu wyszła i obrażona poszła do pokoju. Wcześniej zabierając jabłko, na które miałam ochotę.
-Lin nie zachowuj się jak mały, rozpieszczony bachor!- krzyknęła za nią mama. Ona zawsze sie na to nabiera. Znaczy jak In udaje obrażoną to mama zawsze myśli, że za ostro nas potraktowała i w rekompensatę zabiera nas na ulubione ciastka, bądź zakupy. Ta... Pewnie In brakuje na kolejną szmatę. Tak nazywam te jej poszarpane czarne bluzki i krótkie bardziej przypominające mój ulubiony pasek do spodni, spódniczki... Ale zmieniając temat. Jest dopiero 9.00 rano. Słońce świeci i jest ciepło ale nie gorąco. Czyli idealny dzień na rolki!
Niewiele się zastanawiając po chwili stałam pod drzwiami w rolkach.
-Snowball! Buble!- Koło moich nóg zjawiły się dwa psy. Snowball to suczka rasy haski z pięknymi niebieskimi oczami. Bubule to suczka rasy chow chow z fioletowym językiem. Kocham moje pieski. Zapięłam je na smycze, bo w końcu nie będę wchodzić na posiadłość Kaulitzów żeby przywitać się z ich zawszonym kundlem Scootym... A moje psy go uwielbiają. Nie wiem czemu i nie mogę tego strawić.... Ale widocznie nie ma wiele wspólnego ze swoimi panami. Już miałam wyjść kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mam na głowie czapki. Musiała mi spaść w trakcie ucieczki przed Kaulitzami. To była moja ulubiona czapka!
-Mamo! Ja musze pojechać do szkoły! Natychmiast!- krzyknęłam wjeżdżając w rolkach do jej pracowni. Jak zwykle miała na szyi pełno miarek i jakiś materiałów.... W krwisto czerwonych okularach o dziwnym kształcie i sukience przypominającej czerwony ręcznik owinięta dokoła ciała wyglądała...Cóż...dość dziwacznie. W sumie obca osoba mogła by się jej przestraszyć. Ale ja się już przyzwyczaiłam. Moja mama jest projektantką .... mody... I swoje stroje prezentuje na sobie, albo...Każde mi i In je włożyć... Tak raz nas nawet namówiła na byśmy wystąpiły w pokazie mody. In się to podobało, ale mi nie. To był pokaz bielizny... A ja nie lubię eksponować mojego ciała. No, ale wróćmy po raz kolejny do tematu. Kiedy wjechałam na rolkach do pracowni mojej mamy szyła ona jakieś wdzianko, albo raczej nazwijmy to szmatkami zasłaniającymi najważniejszą część na piersiach i trzy sznureczki przyszyte do siebie-potocznie zwane stringi.
- Lulu jesteście zwolnione z dzisiejszych lekcji, bo narozrabiałyście. Znowu zresztą. I nie mam zamiaru kolejny raz przerywać pracy. Musze to skończyć do końca miesiąca, a mam jeszcze kupę roboty. Po za tym, jutro też idziesz do szkoły. A jak tak bardzo chcesz tam iść to masz autobus o 11.25 do szkoły. To tylko 7 km wiec możesz równie dobrze jechać na rolkach. Zajmie Ci to tylko od 1 do 2 godzin. - Powiedziała trochę wkurzona mama. Tak, przerwałam jej prace. Wycofałam się, bo nie zyskam juz nic
więcej jak kare za przerywanie pracy. Boże to są moi rodzice? A potrzeby dziecka? Ech, szkoda gadać. A gdyby tak ...?
-In! Gdzie są kluczyki od wozu?

***********

- Lu! Zginiemy! Umrzemy! Dlaczego ja się na to zgodziłam?! Boże czemu ja?! Lu uważaj samochód na nas jedzie!- krzyczała moja siostra w kółko. No cóż, prowadzenie samochodu nie jest takie proste jak się wydawało, ale damy rade....Chyba?
Boże czemu ona tak panikuje? Przecież nie powinno się denerwować kierowcy podczas jazdy! Boże, a jak my spadniemy?
- Kurwa Mać!!! Jacquelin Angelin Bourne, jeżeli nie zamkniesz tej swojej jadaczki to pożałujesz, że się urodziłaś- Juz nie wytrzymałam. Nie patrząc na drogę zaczęłam ją opieprzać gadką ,że nie denerwuje się kierowcy podczas jazdy.
-AAAAAAAA!!!!- krzyknęła przeraźliwie i zaczęła mi wyrywać kierownice. Spojrzała na drogę i... ...wylądowałyśmy w lesie! Spanikowałam! Ja naprawdę spanikowałam! Chciałam wyskoczyć z auta, ale siarczysty policzek wymierzony mi przez siostrę mnie ocucił.
- Ty nas w to wpakowałaś!! Jeżeli coś mi się stanie to Cię zabije!!- krzyknęła In. Dobra trzeba coś zrobić. Trzeba, albo zginiemy!
- In.... Musimy omijać drzewa. Jest ich tu mnóstwo! Pomóż mi jak chcesz żyć!- byłam zdesperowana.
- To kurwa na co czekasz ?! Omijaj je! - wrzasnęła. Dobra spokój! Wdech, wydech... Mocno złapałam kierownice i zaczęłam omijać drzewa. Jedno, drugie, trzecie, czwarte, piąte... Po piątym przestałam liczyć. Lin chyba trochę się uspokoiła. Ale zaraz! Zaraz przecież ...Hamulec!! In pomyślała chyba o tym samym, bo nacisnęłyśmy pedał hamulcowy w tym samym czasie. Na początku pomyślałam, że hamulec się zaciął. Ale przecież można było go docisnąć. A potem zrozumiałam, że podczas tej dzikiej jeździe po lesie przewód hamulcowy urwał sie na jakimś krzaku. A jeżeli przejechałyśmy jakiegoś zajączka ? Tak dziwna myśl w dziwnej sytuacji, ale ja się naprawdę martwię o zwierzęta. Nawet zapisałam sie do kółka ekologicznego. Z zamyślenia wyrwała mnie moja siostra. Kolejny raz. A już sie uspokoiłam... Nie ona chyba kocha mnie denerwować!
- Lu, błagam powiedz, że on się zaciął.... Nie ! Nie mów, że sie zepsuł!- powiedziała łamiącym się głosem. Ona naprawdę sie boi! A Lin nie boi się często.... W sumie, to tak naprawdę bała się spotkania z pierwszym chłopakiem i jak z szafki wyleciały jej pszczoły... Czyli jest źle. Bardzo źle!
-Przykro mi Lin... One nie działają, patrz drzewa rzedną! - powiedziałam żeby ją pocieszyć. Ale przecież.... Za lasem jest skarpa... Tam jest skarpa!!! Szybko! Hamulcu działaj! No, proszę! Z szybkością sprintera zaczęłam wciskać hamulec... Niestety nie działał!
-AAAAAAAAAAAAAAAA!!!!- teraz krzyczałyśmy obie. Kurwa już po nas!!!Umrzemy!!! Po chwili poczułam, że lecimy w dół. In też chyba to zauważyła. Zresztą... jak można tego nie zauważyć?
-Siostra zawsze Cię kochałam! - krzyknęłyśmy znów w tym samym czasie. Czy my podobnie myślimy czy mi się wydaje? Zamknęłam oczy... Potem usłyszałam tylko wielkie: BUUUM!!!!

*****

Dwie godziny później leżałam na łóżku szpitalnym i nie mogłam uwierzyć w nasze szczęście... Przeżyłyśmy!! I co najdziwniejsze miałyśmy tylko jakieś drobne stłuczenia bądź siniaki. Ale samochód... samochód...Hymm... nie zniósł tego zbyt dobrze. Nie, nie spłonął... Ale... Wygląda tragicznie. I wątpię, by się dało go naprawić. Pielęgniarka musiała nam dać aż trzy środki uspokajające. Dawka jak dla konia, ale In była dziwnie nadpobudliwa i chciała udusić lekarza. Ach... ten stres. Ja chciałam wyskoczyć przez okno jak zobaczyłam strzykawkę ale cztery pielęgniarki i trzech lekarzy mnie od tego powstrzymało. Z pewnym trudem, co prawda i chcieli zawołać jeszcze jednego lekarza i ochroniarzy, ale dali rade. Teraz czekaliśmy na rodziców. Podsłuchałam jak lekarz rozmawia z moim tatą który wraca z Anglii z jednego z ważniejszych kontraktów w swojej karierze.... Powiem tylko, że jak nie zginiemy z rąk mamy, która zaraz powinna tu być, to z rąk taty na sto procent. A w najlepszym wypadku zostaniemy uziemione do końca swojego życia... Cóż, przynajmniej będziemy żyć nie? Dobra, to nie jest pocieszające, bo to by znaczyło... Koniec z rolkami!!! Pielęgniarka kazała mi sie wyluzować, ale jak mam to zrobić jeśli ktoś chce mi zabrać moje kochane rolki?!
-Elizabeth Marie Carmin Bourne!!!- Głos ojca. Źle... Bardzo Źle. A gdzie mama?! Wole już jej gatki niż krzyki ojca... Może i będziecie się śmiać, ale zawsze uważałam ojca za autorytet. Mądry, pracowity, skrupulatny. I szczerzże to się go trochę boję. No, bo jak byłam mała to mama zawsze mnie ojcem straszyła. Jak zrobiłam coś nie tak to zawsze powtarzała "Tata będzie zły. Bo powiem tacie." Oczywiście zorientowałam sie dosyć szybko że to ściema, ale taki strach mi został... Po prostu boję się rozwścieczonego taty.
-Tolerowałem wiele waszych wybryków! Ale to przechodzi wszystko!! Jak śmiałaś ruszyć samochód matki i wyjechać nim na ulicę?! - Wszedł do sali w której leżałyśmy. Nie raczej wbiegł do sali w której leżałyśmy. No tak, tym razem nie upiecze mi się tym, że wina spadnie na In. Nie wiem nawet czy bym tego chciała. Jestem uczciwa i nie lubię zwalać winy na kogoś. No chyba, że to Kaulitze.
- No wiesz...- chciałam się wytłumaczyć, ale to nie był wyraźnie dobry pomysł.
- Nie! Nie wiem!!! I wiedzieć nie chce! Myślałem, że znasz granice! Mogłaś was zabić!- krzyczał cały czerwony na twarzy. I wiecie co? Rozpłakałam się. Tak, rozpłakałam. Ja nie płaczę! Nigdy! Odkąd pamiętam to zawsze In ryczała. Nawet jak miałam dwie złamane nogi... Początki jazdy na rolkach nie są miłe. Ale teraz po prostu się rozpłakałam jak małe dziecko. Tata trochę się zmieszał. No cóż nie spodziewał się tego po mnie.
- Nie zamierzam z wami teraz dyskutować. Zbierajcie się. Jedziemy do domu.- rzekła teraz mama wchodząc i od razu wychodząc z tatą. Wstałam i ruszyłam do drzwi pociągając nosem. Lin z miną która mówiła: To przez Ciebie! wyprzedziła mnie. Cudownie... A czeka mnie jeszcze rozmowa w domu. Chyba wolałabym umrzeć niż uczestniczyć w tej rozmowie.


_________________________________________________________________________

Wiem, że nie powinnam tego tu umieszczać. 
To takie stare, niedopracowane i 
absolutnie... słodkie.
To przezabawana historia o siostrach Bourne i bliźniakach Kaulitz.
Bardziej chodzi w tym opowiadaniu o zabawe, ale z całą pewnością i 
o miłość. Miłej lektury. 
Uważajcie by nie opluć monitora jedzeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz