sobota, 30 lipca 2016

Bourne, rozdział 01

Notka Jacquelin

Spokojne miasteczko, spokojna szkoła... I dwie niespokojne dziewczyny na dachu spokojnej szkoły w spokojnego miasteczka. Ironio...
Wraz z siostrą siedziałyśmy na dachu, a obok nas dwa wiadra z wodą. Czekałyśmy, aż bliźniaczki
Kaulitz pojawią się przed szkołą.
-Zemsta ma wyjątkowo słodki smak, prawda Lu?- spytałam moją siostrę siedząca obok.
-Taa... Najchętniej to bym Kauliztów zabiła za te pszczoły, ale... -odpowiedziała zielonooka blondynka siedząca koło mnie.
-No właśnie. Nie cierpię pszczół.-wzdrygnęłam się na samo wspomnienie. Jakieś dwa tygodnie temu bliźniacy wykręcili nam swoisty „żart”. Obie z siostrą jesteśmy uczulone na pszczoły. Lu, niestety bardziej niż ja. Najgorsze jest to, że te dwie podróbki facetów o tym wiedzą. I ten ich ”żart” polegał na włożeniu nam do szafek, piórników i czego tam chcecie masy rozwścieczonych pszczół. Wynik tego był taki, że ja chodziłam wkurwiona tak bardzo, że gdyby któryś z Kaulitzów stanął mi na drodze to bym rozszarpała, a strzepmy wsadziła do słoika i zostawiła sobie  na pamiątkę. O ile ja jakoś to przeżyłam to moja siostrzyczka już nie. Ona trafiła do szpitala, a potem siedziała w domu cała opuchnięta.
-In rusz ociężałe dupsko! Ofiary losu idą.-syknęła moja siostra w pewnym momencie. Młodsze dziecko moich rodziców jest kompletnym niedorobem. Nie potrafi nawet się zmusić żeby powiedzieć Lin, a co dopiero całe moje imię Jacquelin. Ught... Ona jest czasem kochana, ale czasem... po prostu mam jej dość.
-Dobra wiadra w dłoń i na trzy. Raz...-zaczęłam odliczanie. Bliźniaki byli coraz bliżej szkoły.
-Dwa...- Tom i Bill byli już tylko o kilka metrów od drzwi szkoły.
-Trzy! -wrzasnęłyśmy razem. Dziesięć litrów wody zleciało na głowy czarnowłosego i dreda.
Ach... Cudowny widok. Temu pseudo-wokaliście rozwaliła sie cała fryzura i makijaż. Czułam się dumna, że się do tego przyczyniłam.
Zanim te dwie zmory naszego życia zorientowały się, że to panny Bourne są sprawczyniami tej porannej „kąpieli”ja i moja blond wspólniczka zwiewałyśmy już z dachu. W pewnym momencie Lu zatrzymała się przy krawędzi dachu. Nie powiem nasza szkoła nie jest jakimś tam wygórowanym wieżowcem. Właściwie byłyśmy na poziomie drugiego piętra, czyli jakieś niecałe dziesięć metrów nad ziemią.
Ale wracając do całokształtu. Moja mądra siostra stała nas krańcem dachu i dziwnie się na mnie spojrzała. Kiedy do niej podeszłam zobaczyłam zbitkę piasku, który jest składowany z powodu przebudowy boiska.
-Elizabeth- zawszę tak mówię kiedy chcę ją zdenerwować, bądź kiedy się jej boję - jeśli myślisz, że JA skocze na ten piasek to masz ciężko uszkodzony narząd myślowy, a poza tym...-na prawdę próbowałam wybić jej z głowy ten głupi pomysł. Starałam się, a wiecie co ta jędza zrobiła?
-In, nie masz wyboru.- I mnie popchnęła.
Zanim zdążyłam się na nią oburzyć i ponawrzucać na nią jeszcze trochę, kompletnie przyznałam jej racje. Kiedy się zbierałyśmy z tego ( nie powiem brudnego) piasku, Kaulitzowie byli już na dachu.
-Sprintem!- to było ulubione słowo mojej siostrzyczki. I zawsze mi to robiła. I to zawsze jak miałam niewygodne buty. Nie pozostało mi nic innego niż pobiec za nią. Tuż za nami biegli bliźniacy, a ich widok wyraźnie wskazywał na to, że nie są amatorami sportów... ja z resztą też.
Już prawie, prawie byłyśmy w szkole, jeszcze tylko trochę...
BUM!!!
Jak z pod ziemi wyrosła Raskolnikowa. Najgorsza, najpodlejsza, wiedźma w całej szkole. Uczyła chemii. Nienawidziła mnie. Najchętniej by mnie zabiła. Ale powody tego wyjaśnię kiedy indziej. Kiedy moja siostrzyczka wyhamowała gwałtownie przed tym wampirem w ludzkiej skórze, ja nie omieszkałam na nią wpaść. No co? Mówiłam, że nie przepadam za WF-em.
Te dwa złamasy też na nas wpadły. Właściwie to nic dziwnego. Odstawiamy takie sceny od przedszkola.
Ale widocznie baba od chemii po roku miała nas już dość.
-Baurne, Kaulitz...? Znów wy? Czy wy nie możecie sie zachowywać normalnie?-westchnęła słabym głosem. Czy ona myśli, że ja mistrzyni kłamstw i wykorzystywanie w to uwierzę? Dobre sobie! Ale już po chwili dodała drąc się na całą szkołę- Kaulitz, Beurne do dyrektora!!!
Cool... Znów lądujemy u dyrektora. Ten chyba też ma nas dość. Nie mieliśmy innego wyjścia niż pod czujnym okiem nauczycielki udać się do headmasera naszej szkółki. No cóż... Ja i moja siostra się różnimy jak dzień i noc. Ja słucham racka gotyckiego ( nie, nie tego co grają te podróbki Kaulitze), a ona agresywnego rapu, czy Hip-Hopu nie znam się na tym. Ja noszę krótkie spódniczki, i mam długie włosy w kolorze czekolady. Lulu zaś nosi ciuchy bardzo sportowe, długie poszarpane spodnie i bluzy z kapturem, lubi wszelkie przejawy sportu, a już najbardziej te swoje zasyfione rolki. Ja umawiam się na tysiące randek, a ona tylko się uczy, biega, albo spędza czas na znęcaniu się nad Kautzami. Nie powiem. Tą ostatnią rozrywkę ja również preferuje.
Dziwne... „poczułam” jak ktoś patrzy na moje nogi. Byłam do tego przyzwyczajona, bo dużo chłopaków patrzy się na moje nogi, bo jestem właścicielką jednych z najzgrabniejszych i najczęściej odkrywanych nóg w naszej prowincjonalnej szkole. Ale chciałam się do wiedzieć, który z tych debili się mi przygląda. Bo raczej wampirzyca nie patrzyłaby mi się na nogi.
Rozejrzałam się wokół. Starszy Kaulitz kontemplował dupsko mojej siostry, a więc...
-Bill... wiesz kotku... Ja wiem, że mam ładne nogi, ale do cholery mógłbyś przenieść wzrok gdzieś indziej? Czuje się maltretowana.-powiedziałam najsłodziej jak umiałam i zbliżyłam się do czarnowłosego tak, że właściwie ocierałam się o jego biodro. Boże, czemuś mnie pokarał tak niskim wzrostem? Za co?
-Bourne daj mi spokój. Nie patrzyłem ci wcale na nogi.- odpowiedział cicho. Mądry chłopiec. Nie chciał żeby nas nietoperzyca usłyszała i słusznie. Stanęłam na palcach, niby „przypadkiem”; się zachwiałam i złapałam młodszego Kaulitza za ramie. Podniosłam się i szepnęłam mu do ucha.
-Wiesz Kaulitz... Ja bym Ci chętnie pokazała zacznie więcej niż nogi. Gdybyś tylko...- w tymh momencie lekko przygryzłam płatek jego ucha. Raskolnikowa niczego nie widziała, bo moje długie włosy zasłaniały jej widok.- Gdybyś nie był Kaulitzem- wyszeptałam i się od niego odsunęłam.
Widziałam jak jego policzki robią się całe czerwone, a jego wzrok nie spoczywa już na moich nogach, ale błądzi po całym korytarzu w próbie ucieknięcia od moich oczu które uparcie wpatrywały się w jego czekoladowe oczy.
Nie chcę żebyście pomyśleli, że ja się w tym cholernym pedale zakochał. Fujj, ble!!! Nieodczekanie wasze! Niee... To jest część planu. Mojego i Lu. Po prostu stwierdziłyśmy, (po tym numerze z pszczołami), że Kaulizowie tym razem przesadzili i że tego pożałują, bo z pannami z rodziny Bourne się nie zadziera.
Spojrzałam na moją siostrzyczkę. Kłóciła się z Kaulitzem. Upss... Chyba się zorientowała, że ten dupek patrzy się jej na... hym... cztery litery. Ona tego nie lubi. A już w ogóle w wykonaniu starszego bliźniaka. Niestety znaczna część naszej szkoły myśli, że moja siostra jest do mnie podobna. A tu ni cholery. Po prostu większość z moich ex wietrzy w Elizbath szansę miłej nocy tak jak ze mną, ale z tego co wiem moja siostra nie jest chętna w rozkładaniu nóg.
Jestem święcie przekonana, że jest dziewicą. Ale cóż ja na to poradzę, co? Sama przecież jej nie rozdziewiczą. Poza tym najprzyjemniej jest gdy się tego CHCE, bo inaczej to zero przyjemność.
Doszliśmy do gabinetu dyrektora naszej kochanej szkółki. Boże ty mój nieistniejący! Ja te drzwi widzę już chyba z tysięczny raz... To już się pomału nudne robi. Czy nie mogli by czegoś innego wymyślić? Ciekawe co tym razem powie. Dla odmiany go posłucham. Boże? Co ze mną? Jakiś dzień dobroci dla zwierząt, czy co?
Stanęliśmy przed drzwiami dyrektora. Co jak co, ale to właśnie wizyta u headmastera była najmniej przyjemną częścią robienia z Kaulitzów idiotów. Przynajmniej dla mnie. Zawsze musiałam wchodzić do dyrka jako pierwsza i to zazwyczaj mnie się najbardziej obrywało. Z reszta, czy w domu nie było inaczej? Ja miałam pomysł, Lu go dopracowywała i sprawiała, że był realny, a razem go wykonywałyśmy, ale to zawsze ja dostawałam opiernicz i na mnie spadał największy gniew rodziców. Ale u dyrektora było inaczej. On miał mnie juz powoli dość. Przychodziła do niego w odwiedziny na każdej Chemii, matmie, i wraz z Kaulitzem na WoS, i plastyce.
Nie wspominałam, że chodzę wraz z tym głupolem- Kaulitzem do klasy? Na moje nieszczęście chodzę. Kiedyś chodziłam z nimi dwoma, ale się przeniosłam, ale jak się przeniosłam to młodszego bliźniaka też przenieśli. Na wyżej wymienionych przedmiotach siedzimy razem. I właśnie dlatego trafiamy do dyrka. Ale on zawsze się drze bardziej na mnie niż na niego. Ja nie wiem co zawiniłam. Dobra wiem... Wystarczy na mnie spojrzeć. Żaden dyrektor nie lubi takich uczennic jak ja. Czarne ciuchy, włosy za długie i nie uczesane, kolczyk w języku, pępku i chyba z trzy w lewym uchy. Plus oczywiście moje „karygodne” i „lekceważące” zachowanie. Ja przepraszam. Mam już od 31 stycznia siedemnaście lat. Co ja mam robić? Iść do klasztoru?
Nastąpił moment, w którym ktoś musiał otworzyć drzwi. Ta nietoperzyca już się gdzieś ulotniła, zapewne mówiła coś reszcie na dowidzenia, ale ja oczywiście musiałam jej nie słuchać. Taa... I wy się dziwicie, że mnie nie lubi grono pedagogiczne.
-In...-jęknęła mi za plecami Lu. Spojrzałam na nią ze znakiem zapytania w oczach.
-Czego?- odwarknęłam. Wiem... Zaraz to powie. Znów ja mam oberwać. Eght... Życie starszej siostry.
-Nie pytaj się głupio, tylko zrób to.- Powiedziała już nieźle spietrana. Zawsze tak sie zachowywała jak staliśmy przed tymi durnymi drzwiami, a wszyscy patrzyli się na mnie.
-Czy choć raz ty nie mogłabyś się poświęcić? Nie odpowiadaj, znam odpowiedź.-powiedziałam zrezygnowana. Lekko zapukałam do dyrektorskich drzwi i weszłam poprawiając spódniczkę.
Gabinet dyrektora był urządzony jak cała reszta tej głupiej szkółki. Niby skromna, niby taka biedna, ale urządzona z przepychem. Gabinet dyrcia prezentował się wyjątkowo okazale. Piękne dębowe meble od sufitu do wylakierowanej podłogi, wspaniałe wazy z niebieskim ornamentem i okazałej wielkości Juki.
-Lin... co tym razem zrobiłaś? Wymieniłaś p.Raskolnikowej wszystkie powody dla, których jej mąż powinien z nią zerwa? A może wydłubałaś oko Kaulitzowi?- dość przyjemny, głęboki głos faceta po czterdziestce doszedł do moich uszu. No pewnie... nawet nie musiał sie odwracać by wiedzieć kto przyszedł. Ja tam też już się przyzwyczaiłam, podeszłam do fotela i usiadłam na niego wygodnie zakładając nogę na nogę.
-Nie panie dyrektorze. Ale pomysł z wydłubaniem oka Kaulitzowi nie jest taki zły. Wypróbuje go w niedalekiej przyszłości. A Raskolnikowej nie wymieniałam powodów, bo już to robiłam, a ja, prze pana, nie lubię się powtarzać.- odpowiedziałam spokojnie. Facet jeszcze nie zauważył, że nie weszłam do jego gabinetu sama. Ale beka! Po zgrywam się trochę przed Kaulitzami.
-Jacqelin Bourne... Powtarzasz sie od czasu kiedy trafiłaś do tej szkoły. Zdecydowanie za często muszę Cię tu gościć.- Upss... Czyżbym zdenerwowała staruszka? Ale nareszcie się odwrócił i zauważył resztę towarzystwa. Jedno wam mogę powiedzieć: Nie miał zadowolonej miny.
-Nie... wasza czwórka jest moim koszmarem-powiedział sam do siebie. -Dobra, Bourne, Kaulitz mówcie czyja to tym razem wina?-Taa... tak to się zawsze zaczyna. Już mogę sobie odpuścić słuchanie.
-ICH!!-krzyknęły bliźniaczki Kaulitz zanim ja i siora zdążyłyśmy cokolwiek powiedzieć. Oj, oj, oj... Widać, że mamusia nie nauczyła, że pokazywać palcem jest nie ładnie, bo pomalowany na czarno paluch Billa, jak i powykrzywiany palec Toma wskazywał na nas. No dobra zaczynam granie słodkiej idiotki.
-My...?-zaczęłam tym swoim przesłodzonym głosem- ależ panie dyrektorze...
-Lin przymknij się.-dyrektor przerwał mi gwałtownie. To nie fair. Ja się właśnie zaczęłam rozkręcać.- Proszę cię Lin nie rób ze mnie idioty, przecież dobrze wiem, że nie jesteś tak głupia jaką udajesz.
Dyrek wyszedł zza biurka i popatrzył na nasza czwórkę jakby smutnym wzrokiem. Och... Jakież ta sentymentalne... Zaraz z nudów zasnę. Dyrcio westchną zrezygnowany i zaczął tym swoim tonem mówiącym”mam was już po wyżej uszu”
-Dzieciaki... przecież nie jesteście głupie. Możecie się jakoś dogadać. I to bez oblewania wodą.- Facet nareszcie raczył zauważyć, że Kaulitze są cali mokrzy.-Ja was wcale nie rozumiem...
I tu zaczęła się wieża Babel. Mimo, że było nas tylko czworo to na raz zaczęliśmy tłumaczyć sytuację dyrektorowi i krzyczeć na siebie na wzajem. Widziałam jak twarz głowy naszej szkoły staje się coraz czerwona. Wiedziałam, że zaraz nas...
-WYNOCHA MI Z TĄD!!! WZYWAM WASZYCH RODZICÓW!!
... wyrzuci ze swojego gabinetu.
Kiedy wychodziliśmy słyszałam jeszcze za swoimi plecami pomrukiwania Dyrka.
-Przecież nie są głupi. Czemu do nich nic nie dociera? Z samego rana.
No fakt. Jest dopiero w pół do dziewiątej. Fajnie... Jesteśmy zwolnione z reszty lekcji.
Spojrzałam na Lu. Miała dość przygnębiona minę. Ona w przeciwieństwie do mnie lubi szkołę.
Wyszłyśmy przed szkołę i czekałyśmy, aż mama łaskawie raczy się ruszyć i nas odebrać z pod szkoły. W między czasie „bliźniaczki” już się gdzieś zmyły...
****
-Czy wy musicie? Zdajecie sobie sprawę jakie jesteście nieodpowiedzialne? -Tyle usłyszałam os naszej matki na dzień dobry. Dalej coś gadała, ale ja jej nie słuchałam ja zwykle. Lulu za to siedziała grzecznie skruszona i słuchała maminego gadania od czasu pisnęła jedynie krótkie „przepraszam”.
Patrzyłam przez szybę na mijane przez nas domy i ogrody. Kiedy mijałyśmy dom Kaulitzów wóz p.Simon stał przed domem.
To, że nie znoszę Kaulitzów nie znaczy, że nie lubię ich matki. Simon jest strasznie miłą osobą. Co sobotę mam u niej lekcje malarstwa. Strasznie lubię te kilka godzin spędzonych u niej w pracowni na malowaniu i wdychaniu zapachu terpentyny. Jak siedzę u Simon nie muszę wyglądać olśniewając. Nie ma zagrożenia, że Bill, czy Tom będą w domu, bo zazwyczaj w soboty mają wywiady, czy próby.
U pani Simon siedzę sobie w rozciągniętym, starym golfie i jeszcze starszych spodniach. Ech... Kiedyś, jak ja i Lu byłyśmy całkiem malutkie to dowiedziałyśmy dom Kaulitzów niemal co dzień. Nasza matka, która jest projektantką, przyjaźni się z p.Simone. Rozumiecie, coś na kształt artystycznej więzi. Pomiędzy domem bliźniaków, a naszym rośnie kilka drzew. Między innymi jabłoń i dąb. Kiedy tak patrzyłam na tą starą jabłoń pomyślałam, że mam straszną ochotę na zielone jabłko.
Artyści czasem tak mają. Mają ochotę na dziwne rzeczy.. 



Notka Elizabeth



W końcu dojechaliśmy. Po 30 minutowej przejażdżce z mamą, która cały czas ględziła jakie jesteśmy nieodpowiedzialne i In która nie zwracała na to większej uwagi miałam dosyć. Zresztą, czy In się czymkolwiek, kiedykolwiek przejmowała? No właśnie... No chyba, że ten Fabian na nią nie leci... Albo, że ma krzywe kreski nad oczami... Ale żeby przejmować się gadaniem mamy? Och.. nie, bo po co jest młodsza siostra. Czasami czuje się wykorzystana. No bo to ja zawsze musze nas tłumaczyć... Ta najgorsza robota dla młodszej, nie? Ale rekompensowało mi to, że wina szła zawsze na In, a to przeważnie ja to wszystko organizowałam. No, ale wracając do Samochodu. Kiedy mama zaparkowała w końcu samochód w garażu, In od razu wyszła i obrażona poszła do pokoju. Wcześniej zabierając jabłko, na które miałam ochotę.
-Lin nie zachowuj się jak mały, rozpieszczony bachor!- krzyknęła za nią mama. Ona zawsze sie na to nabiera. Znaczy jak In udaje obrażoną to mama zawsze myśli, że za ostro nas potraktowała i w rekompensatę zabiera nas na ulubione ciastka, bądź zakupy. Ta... Pewnie In brakuje na kolejną szmatę. Tak nazywam te jej poszarpane czarne bluzki i krótkie bardziej przypominające mój ulubiony pasek do spodni, spódniczki... Ale zmieniając temat. Jest dopiero 9.00 rano. Słońce świeci i jest ciepło ale nie gorąco. Czyli idealny dzień na rolki!
Niewiele się zastanawiając po chwili stałam pod drzwiami w rolkach.
-Snowball! Buble!- Koło moich nóg zjawiły się dwa psy. Snowball to suczka rasy haski z pięknymi niebieskimi oczami. Bubule to suczka rasy chow chow z fioletowym językiem. Kocham moje pieski. Zapięłam je na smycze, bo w końcu nie będę wchodzić na posiadłość Kaulitzów żeby przywitać się z ich zawszonym kundlem Scootym... A moje psy go uwielbiają. Nie wiem czemu i nie mogę tego strawić.... Ale widocznie nie ma wiele wspólnego ze swoimi panami. Już miałam wyjść kiedy zdałam sobie sprawę, że nie mam na głowie czapki. Musiała mi spaść w trakcie ucieczki przed Kaulitzami. To była moja ulubiona czapka!
-Mamo! Ja musze pojechać do szkoły! Natychmiast!- krzyknęłam wjeżdżając w rolkach do jej pracowni. Jak zwykle miała na szyi pełno miarek i jakiś materiałów.... W krwisto czerwonych okularach o dziwnym kształcie i sukience przypominającej czerwony ręcznik owinięta dokoła ciała wyglądała...Cóż...dość dziwacznie. W sumie obca osoba mogła by się jej przestraszyć. Ale ja się już przyzwyczaiłam. Moja mama jest projektantką .... mody... I swoje stroje prezentuje na sobie, albo...Każde mi i In je włożyć... Tak raz nas nawet namówiła na byśmy wystąpiły w pokazie mody. In się to podobało, ale mi nie. To był pokaz bielizny... A ja nie lubię eksponować mojego ciała. No, ale wróćmy po raz kolejny do tematu. Kiedy wjechałam na rolkach do pracowni mojej mamy szyła ona jakieś wdzianko, albo raczej nazwijmy to szmatkami zasłaniającymi najważniejszą część na piersiach i trzy sznureczki przyszyte do siebie-potocznie zwane stringi.
- Lulu jesteście zwolnione z dzisiejszych lekcji, bo narozrabiałyście. Znowu zresztą. I nie mam zamiaru kolejny raz przerywać pracy. Musze to skończyć do końca miesiąca, a mam jeszcze kupę roboty. Po za tym, jutro też idziesz do szkoły. A jak tak bardzo chcesz tam iść to masz autobus o 11.25 do szkoły. To tylko 7 km wiec możesz równie dobrze jechać na rolkach. Zajmie Ci to tylko od 1 do 2 godzin. - Powiedziała trochę wkurzona mama. Tak, przerwałam jej prace. Wycofałam się, bo nie zyskam juz nic
więcej jak kare za przerywanie pracy. Boże to są moi rodzice? A potrzeby dziecka? Ech, szkoda gadać. A gdyby tak ...?
-In! Gdzie są kluczyki od wozu?

***********

- Lu! Zginiemy! Umrzemy! Dlaczego ja się na to zgodziłam?! Boże czemu ja?! Lu uważaj samochód na nas jedzie!- krzyczała moja siostra w kółko. No cóż, prowadzenie samochodu nie jest takie proste jak się wydawało, ale damy rade....Chyba?
Boże czemu ona tak panikuje? Przecież nie powinno się denerwować kierowcy podczas jazdy! Boże, a jak my spadniemy?
- Kurwa Mać!!! Jacquelin Angelin Bourne, jeżeli nie zamkniesz tej swojej jadaczki to pożałujesz, że się urodziłaś- Juz nie wytrzymałam. Nie patrząc na drogę zaczęłam ją opieprzać gadką ,że nie denerwuje się kierowcy podczas jazdy.
-AAAAAAAA!!!!- krzyknęła przeraźliwie i zaczęła mi wyrywać kierownice. Spojrzała na drogę i... ...wylądowałyśmy w lesie! Spanikowałam! Ja naprawdę spanikowałam! Chciałam wyskoczyć z auta, ale siarczysty policzek wymierzony mi przez siostrę mnie ocucił.
- Ty nas w to wpakowałaś!! Jeżeli coś mi się stanie to Cię zabije!!- krzyknęła In. Dobra trzeba coś zrobić. Trzeba, albo zginiemy!
- In.... Musimy omijać drzewa. Jest ich tu mnóstwo! Pomóż mi jak chcesz żyć!- byłam zdesperowana.
- To kurwa na co czekasz ?! Omijaj je! - wrzasnęła. Dobra spokój! Wdech, wydech... Mocno złapałam kierownice i zaczęłam omijać drzewa. Jedno, drugie, trzecie, czwarte, piąte... Po piątym przestałam liczyć. Lin chyba trochę się uspokoiła. Ale zaraz! Zaraz przecież ...Hamulec!! In pomyślała chyba o tym samym, bo nacisnęłyśmy pedał hamulcowy w tym samym czasie. Na początku pomyślałam, że hamulec się zaciął. Ale przecież można było go docisnąć. A potem zrozumiałam, że podczas tej dzikiej jeździe po lesie przewód hamulcowy urwał sie na jakimś krzaku. A jeżeli przejechałyśmy jakiegoś zajączka ? Tak dziwna myśl w dziwnej sytuacji, ale ja się naprawdę martwię o zwierzęta. Nawet zapisałam sie do kółka ekologicznego. Z zamyślenia wyrwała mnie moja siostra. Kolejny raz. A już sie uspokoiłam... Nie ona chyba kocha mnie denerwować!
- Lu, błagam powiedz, że on się zaciął.... Nie ! Nie mów, że sie zepsuł!- powiedziała łamiącym się głosem. Ona naprawdę sie boi! A Lin nie boi się często.... W sumie, to tak naprawdę bała się spotkania z pierwszym chłopakiem i jak z szafki wyleciały jej pszczoły... Czyli jest źle. Bardzo źle!
-Przykro mi Lin... One nie działają, patrz drzewa rzedną! - powiedziałam żeby ją pocieszyć. Ale przecież.... Za lasem jest skarpa... Tam jest skarpa!!! Szybko! Hamulcu działaj! No, proszę! Z szybkością sprintera zaczęłam wciskać hamulec... Niestety nie działał!
-AAAAAAAAAAAAAAAA!!!!- teraz krzyczałyśmy obie. Kurwa już po nas!!!Umrzemy!!! Po chwili poczułam, że lecimy w dół. In też chyba to zauważyła. Zresztą... jak można tego nie zauważyć?
-Siostra zawsze Cię kochałam! - krzyknęłyśmy znów w tym samym czasie. Czy my podobnie myślimy czy mi się wydaje? Zamknęłam oczy... Potem usłyszałam tylko wielkie: BUUUM!!!!

*****

Dwie godziny później leżałam na łóżku szpitalnym i nie mogłam uwierzyć w nasze szczęście... Przeżyłyśmy!! I co najdziwniejsze miałyśmy tylko jakieś drobne stłuczenia bądź siniaki. Ale samochód... samochód...Hymm... nie zniósł tego zbyt dobrze. Nie, nie spłonął... Ale... Wygląda tragicznie. I wątpię, by się dało go naprawić. Pielęgniarka musiała nam dać aż trzy środki uspokajające. Dawka jak dla konia, ale In była dziwnie nadpobudliwa i chciała udusić lekarza. Ach... ten stres. Ja chciałam wyskoczyć przez okno jak zobaczyłam strzykawkę ale cztery pielęgniarki i trzech lekarzy mnie od tego powstrzymało. Z pewnym trudem, co prawda i chcieli zawołać jeszcze jednego lekarza i ochroniarzy, ale dali rade. Teraz czekaliśmy na rodziców. Podsłuchałam jak lekarz rozmawia z moim tatą który wraca z Anglii z jednego z ważniejszych kontraktów w swojej karierze.... Powiem tylko, że jak nie zginiemy z rąk mamy, która zaraz powinna tu być, to z rąk taty na sto procent. A w najlepszym wypadku zostaniemy uziemione do końca swojego życia... Cóż, przynajmniej będziemy żyć nie? Dobra, to nie jest pocieszające, bo to by znaczyło... Koniec z rolkami!!! Pielęgniarka kazała mi sie wyluzować, ale jak mam to zrobić jeśli ktoś chce mi zabrać moje kochane rolki?!
-Elizabeth Marie Carmin Bourne!!!- Głos ojca. Źle... Bardzo Źle. A gdzie mama?! Wole już jej gatki niż krzyki ojca... Może i będziecie się śmiać, ale zawsze uważałam ojca za autorytet. Mądry, pracowity, skrupulatny. I szczerzże to się go trochę boję. No, bo jak byłam mała to mama zawsze mnie ojcem straszyła. Jak zrobiłam coś nie tak to zawsze powtarzała "Tata będzie zły. Bo powiem tacie." Oczywiście zorientowałam sie dosyć szybko że to ściema, ale taki strach mi został... Po prostu boję się rozwścieczonego taty.
-Tolerowałem wiele waszych wybryków! Ale to przechodzi wszystko!! Jak śmiałaś ruszyć samochód matki i wyjechać nim na ulicę?! - Wszedł do sali w której leżałyśmy. Nie raczej wbiegł do sali w której leżałyśmy. No tak, tym razem nie upiecze mi się tym, że wina spadnie na In. Nie wiem nawet czy bym tego chciała. Jestem uczciwa i nie lubię zwalać winy na kogoś. No chyba, że to Kaulitze.
- No wiesz...- chciałam się wytłumaczyć, ale to nie był wyraźnie dobry pomysł.
- Nie! Nie wiem!!! I wiedzieć nie chce! Myślałem, że znasz granice! Mogłaś was zabić!- krzyczał cały czerwony na twarzy. I wiecie co? Rozpłakałam się. Tak, rozpłakałam. Ja nie płaczę! Nigdy! Odkąd pamiętam to zawsze In ryczała. Nawet jak miałam dwie złamane nogi... Początki jazdy na rolkach nie są miłe. Ale teraz po prostu się rozpłakałam jak małe dziecko. Tata trochę się zmieszał. No cóż nie spodziewał się tego po mnie.
- Nie zamierzam z wami teraz dyskutować. Zbierajcie się. Jedziemy do domu.- rzekła teraz mama wchodząc i od razu wychodząc z tatą. Wstałam i ruszyłam do drzwi pociągając nosem. Lin z miną która mówiła: To przez Ciebie! wyprzedziła mnie. Cudownie... A czeka mnie jeszcze rozmowa w domu. Chyba wolałabym umrzeć niż uczestniczyć w tej rozmowie.


_________________________________________________________________________

Wiem, że nie powinnam tego tu umieszczać. 
To takie stare, niedopracowane i 
absolutnie... słodkie.
To przezabawana historia o siostrach Bourne i bliźniakach Kaulitz.
Bardziej chodzi w tym opowiadaniu o zabawe, ale z całą pewnością i 
o miłość. Miłej lektury. 
Uważajcie by nie opluć monitora jedzeniem.

VERSION 01: Prolog

Ludzie często mówią różne rzeczy kiedy ktoś umiera. Czasem jest to:


„Nie płacz już. Tam jest jej lepiej”, a czasem: „Nie zamartwiaj się. To nie Twoja wina.”


Ale on słyszał ciągle z ust jej matki. „Każdy początek rodzi się w upadku końca.”


Dobrze wiedział, że to jej słowa. Tylko ona tak dobierała słowa, że miał ochotę płakać. Ale wiedział, że nie mógł. Nie mógł płakać przy ludziach. Zawsze płakał przy niej, albo do jej zdjęcia, czy bluzy. Ale już jej nie ma. Na jej zdjęcia nie może się patrzeć, bo... bo czuje się tak jakby za chwilę miała wejść z impetem i go pocałować, czy przytulić.


Stał na cmentarzu. Było tak szaro. Mgła z nad morza unosiła się smętnie i jeszcze bardziej go przygnębiała. Nie potrafił zrozumieć czemu ona tak bardzo kochała to ciężkie, ostre powietrze. Ten nadmorski klimat. Ale wiedział, że to kochała i tu została pochowana. Wczoraj. Wczoraj był jej pogrzeb. Był na nim. Na cmentarzu. Nie potrafił sie zmusić by wejść do kościoła i patrzeć na jej martwą twarz. Znacznie łatwiej było mu patrzeć na trumnę.


Kucnął obok drewnianego obicia ziemi. Pełno kwiatów i zniczy. Kwiaty z życzeniami. Wszystko po polsku. Nauczył się tego języka. Dla niej. Przez te pięć lat rozłąki. Dla niej. Tak jak ona dla niego nauczyła się kochać.


Wszystkie życzenia były takie zwyczajne. Wielkie bukiety. Ona na pewno by tego nie chciała. Wśród wielkich lilii i chryzantem położył małą czerwoną różę.


Tak to ona doceniała. Tak jak mały bukiecik wysuszonych stokrotek przewiązanych czerwoną wstążeczką i dołączoną karteczką „Nie zapomnimy Cię L.S. Na zawsze w naszych sercach.” od jej przyjaciół.


Nigdy nie chciała drogich prezentów. Liczyły się te od serca.


Nie potrafił użyć słów żeby wyrazić to co do niej czuł. A jeszcze miesiąc temu był na nią tak strasznie wściekły. A teraz jej nie ma. Od dwóch dni jej ciało pieści pustka, a nie jego usta. Pod ziemią. Bez życia.


Jego świat bez niej nie zawalił się. Wiedział, że musi wstać się otrzepać. Ale potrafił dojść dalej niż do mieszkania, które wynajął w jej ukochanym mieście. Do barku, który otwierał kluczem leżącym na szklanym stole. Do łóżka, na które kładł się przytulając butelkę wódki i jej bluzę.


Tak spędzał każdy wieczór od dnia w którym się dowiedział, że już nie poczuje jej oddechu na swojej szyi. Sam przed sobą nie potrafił przyznać, że się stacza.


Opuszkami palców dotknął rozkopanej ziemi. Nadal pamiętał jak strasznie nie lubiła kiedy mierzwił jej włosy. Uśmiechnął się na wspomnienie jej oburzonej miny, gdyby tylko...


-Yyy... To ja przyjdę później.-głos za jego plecami przerwał jego rozmyślania. Gwałtownie się odwrócił i jego oczy napotkały przenikliwe spojrzenie zielonych oczu.


-Nie... Beb poczekaj. Ja i tak muszę iść...-próbował wymyślić na szybko jakieś kłamstwo, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy-...umówiłem się z kimś.


Beb była wysoką blondynką o długich nogach i ładnym nosie. Należała do grona najlepszych przyjaciół Lili. Znał ją... z widzenia. Nigdy nie miał okazji z nią porozmawiać dłużej. Ona-zalatana za Andreasem, On-nie odstępował swojej dziewczyny na krok. I tak jakoś wyszło. Od dwóch lat mieszkała wspólnie z Andreasem w Polsce.


Po jego wypowiedzi usta dziewczyny zacisnęły się nieznacznie. Ukucnęła obok niego i spokojnie zapaliła nie wielki, szklany znicz i postawiła go na grobie. Odmówiła krótką modlitwę i spojrzała wzrokiem pełnym łez na dane wypisane na małej tabliczce.


Niepewnie przeniosła wzrok na jego twarz i rękawem różowego swetra powiedziała:


-Ona chciałaby żebyś żył dalej. Pamiętał o niej, ale żył dalej.


Kiedy chciał jej przerwać i zapewnić, że doskonale o tym wie, ona podniosła rękę nakazując mu milczenie.


-Bill tak nie można. Ja... my wszyscy też cierpimy. Jest kolejnym przyjacielem, którego musiałam pożegnać. Wiesz jak mi jest ciężko? Ale życie toczy się dalej.-wstała otrzepując spodnie i zachęcając go by zrobił to samo. -A znając życie i Lili chciałaby żebyś znalazł kogoś i cieszył się życiem. Tworzył.-uśmiechnęła sie przypominając sobie widocznie jakieś wspomnie z czasów przyjaźni.-Pamiętaj by tworzyć. Z serca i całym sobą. Bo wiesz Bill? Ona zawsze zostanie w Twoim sercu. Nawet jak uda Ci się zapomnieć. A teraz żegnaj. Chciałabym jeszcze pogadać z Damianem. -Odwróciła się i odeszła. Spokojnym, delikatnym i długim krokiem zmierzała w dół cmentarza. Bezczelna? Możliwe...


Ale on już się do takiego bezpośredniego zachowanie przyzwyczaił. Taka sama była jego Lili. Jego malutka, krucha Liliana. Której już nie ma.


Nie potrafił wyobrazić samego siebie całującego inne usta niż jej. Może poza szklanymi ustami butelki.


Tak...


Pożegnał się z nią, mówiąc że jeszcze wróci.


Swoje kroki skierował do sklepu monopolowego. A potem do domu.


Nie włączał światła. Zapamiętaną drogą udał się do łóżka, a tam przytulił się do jej bluzy i wypił porządny łyk alkoholu.


Jeszcze nie potrafił pogodzić się z światem, w którym nie ma jej. Nie potrafił. Ale wiedział, że musi.


-Dziękuje Beb.- Powiedział sam do siebie i...


...zasnął.



___________________________________________________________________________

TAK DUŻO WSPOMNIEŃ Z TYM ZESPOŁEM!

Rodział 2. Screaming the secrets we shared.

Schwarzburg był małym miastem. Wśród małych kamienic i licznych domów z płyty gipsowej mieszkali ludzie, którzy przeważnie nie mieli swoich zainteresowań. Może gdyby Sway żyła w innym mieście jej życie wyglądałoby inaczej, ale w Szwarzburgu nic nie mogło zostać tajemnicą. Historię o jej imprezie przechodziły z ust do ust i za każdym razem ktoś coś do niej dopisywał. Czasem nie zdajemy sobie sprawy z tego, co nas ukształtuje, ani jakie konsekwencje będą miały nasze czyny. Również brunetka nie była świadoma, że jedno spotkanie towarzyskie, bogato zakrapiane alkoholem może tak znacząco odbić się na jej życiu.
Sway obudziła się wraz z pierwszymi promieniami słońca, które zalewały pokój jej rodziców. Głowa ciężała jej niemiłosiernie. Nieznośna jasność rozlewała się po pomieszczeniu z powodu niezasłoniętych zasłon, a ona próbowała skryć się pod poduszką. Powoli docierało do niej gdzie się znajduje i co się stało wczorajszego wieczoru. Rozerwana była przez dylemat. Z jednej strony nie chciała wstawać z łóżka i rozkoszować się chwilką wytchnienia i spokoju przez wieczność, ale z drugiej zdawała sobie sprawę z tego, że musi wstać i zmierzyć się z przerażającą rzeczywistością jaką bez wątpienia był jej dom po wczorajszej zabawie.
Jej ręka powędrowała na poduszkę obok niej, a potem zsunęła się po kołdrze nie natrafiając ani na niczyją obecność, ani na pozostałości po czyimś ciele w postaci ciepła na tkaninie.

Oczywiście, że go nie ma. Nie dziwie się mu. Na jego miejscu też nie chciałabym ze sobą rozmawiać.

Sway przewróciła się na plecy i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w baldachim rozciągnięty nad jej łóżkiem. Jej myśli nie były spójne i nie mogła się na niczym skupić. Jej oczy zaszły łzami, a ręka ściskała prześcieradło zgniatając ją w pięść.

Dzień wcześniej…

W pokoju panowały zupełne ciemności. Księżyc jak gdyby zawstydzony szaleństwami młodych Szwarzburgczyków Zgrabna, pozbawiona sukienki dziewczyna siedziała na Sebastianie Apple i całowała go po torsie. Jego ręce powędrowały na jej plecy i delikatnie rozpięły zapięcie od stanika. Sway uśmiechnęła się filuternie i przejechała palcem wzdłuż mocno zarysowanej szczęki chłopaka.
-Myślisz, że jeśli mnie przelecisz coś się zmieni? A w najgorszym wypadku będziemy ze sobą?
-Musimy się teraz skupiać na tym co będzie? Chcę się cieszyć ta chwilą teraz. Nie każdemu udaje się rozebrać ciebie.
-Nie wiem czy będziesz cokolwiek z tego miał dla siebie. – Sway nadal siedząc na wspaniale wyrzeźbionym ciele Appla skrzyżowała ręce na swoich krągłych piersiach i spojrzała się na niego spod byka.
-Co ty pieprzysz Darcy?
-Nic nie pieprze. Właśnie odechciało mi się być twoją rozrywką na tę noc.
-Tak nagle? Przed chwilą byłem pewien, że to będzie najlepszy seks w moim życiu. Co ci odpierdoliło Sway? Powiedz mi, bo ja mimo wszystko nie potrafię Cię rozgryźć. – Sebastian podniósł się na łokciach do pozycji półsiedzącej. Jego piękna twarzy wyrażała w tym momencie irytacje.
Sway zsunęła się z jego ciała a następnie z łóżka. Odwróciła się do niego plecami i założyła swoją bluzkę. W czasie, gdy zapinała po kolei guziczki swojej bluzki Appel walczył z myślami i swoim podnieconym ciałem, które aż krzyczało z pożądania do tej dziewczyny. Z jednej strony zależało mu na przyjaźni z nią, ale z drugiej wiedział, że jest tylko mężczyzną, a uczucia, które w nim wzbudzała nie były do stłumienia.
-Po prostu nie chcę się z Tobą pieprzyć, a teraz wyjdź. I nie pokazuj mi się na oczy.

Dziewczyna leżała na brzuchu. Czuła łzy zbierające pod powiekami, ale pozwoliła im popłynąć i wsiąknąć w poduszkę. Czekał na nią kolejny ciężki dzień, w którym musiała dać z siebie wszystko, a wiedziała, że nie spełni swoich marzeń leżąc cały dzień w łóżku i użalając się nad sobą.
-Tak, przywdzieję na usta uśmiech i nie dam nic po sobie poznać. Jestem dobrą aktorką.


Zajęcia koła teatralnego odbywające się po zakończeniu wszelkich innych zajęć nie były traktowane ulgowo. Sway, która cały dzień poruszała się po omacku, od ściany do ściany w ciemnych okularach i okropnym uczuciem w żołądku miała ochotę strzelić sobie w głowę.
Nie miała siły myśleć o czymkolwiek. Unikała rozmów ze znajomymi, ponieważ obawiała się pytań.
Wchodząc do szatni, trzymała głowę nisko w nadziei, że Filippa jej nie zauważy. Dziewczyny widziały się przez chwilę na imprezie, więc Filippa miała mnóstwo pytań, co do poczynań brunetki po tym jak zeszłego dnia ukradła Madlenn butelkę Marini i znikła w sypiali swoich rodziców.
-Sway, jak tam wczorajsze sam na sam z Applem? Doszło do czegoś poważnego? – Panna Darcy spojrzała na nią znad okularów i wyobraziła sobie jak rozkwasza jej głowę na ścianie.
-A jak ma być, Fil? Nijak. Popiliśmy, poprzytulaliśmy się, a reszta nie powinna Cię obchodzić. – Sway przyjrzała się zdziwionej minie swojej koleżanki. – Ani żadnej z was, głupie mendy. Nie macie swojego życia prywatnego?
Dziewczyny, które dotychczas przysłuchiwały się tej konwersacji odwróciły się do swoich toreb i zaczęły szemrać między sobą.
Filippa prychnęła i wskazała oczami drzwi od łazienki. A Sway pokiwała przecząco głową. Nie miała chwilowo ochoty na żadną rozmowę. Czuła się na skraju załamania nerwowego, a jej priorytetowym celem było skupienie się na roli, a nie na własnych problemach. Chciała zemdleć, uderzyć się w głowę i zapomnieć ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Chciała spakować powrotem swoje rzeczy, które leżały skotłowane na ławce i trzaskając drzwiami opuścić salę aby pokazać całemu świata, że ma gdzieś to, że jej przyjaciel ją porzucił dlatego, że nie chciała się z nim pieprzyć.
Ale poczucie obowiązku było w niej silniejsze niż jej własne uczucia.


Madlenn Clark nigdy nie mogła zrozumieć motywów działania swojej przyjaciółki. Wiele razy próbowała się w nią wcielić, wyobrazić sobie choć odrobinę emocje, które mogły na Sway wpływać, ale obawiała się, że wykraczało to poza jej rozumienie. Jedyne co jej w takiej sytuacji zostało to zadawać pytania, ale i z tym czasem był problem…
-Nie Mad, on mi się nie podoba. I nigdy nie podobał. Cały ten zakład to jego pomysł. Ja tylko się z niego nabijałam odrobinę go podpuszczałam. Wiesz jaka jestem. – mówiła Sway przeglądając się w lustrze. - Jak mnie jakiś flircik wciągnie to nie mogę przestać i cały stroję sobie żarty nawet gdy wszyscy inni spoważnieli.
…bo nie wiadomo czasem było jakie pytanie zadać by ją trafić. Zawsze zręcznie unikała odpowiedzi i chowała twarz we włosach by nie mogła wyczytać nic z jej twarzy.
-Tak, ale to już wiem, kretynko. Tego bełkotu, który mi przed chwilą zaprezentowałaś, można było się domyślić podczas twojego dzisiejszego zachowania. Po raz pierwszy Filippa mogła się cały dzień bezkarnie wpatrywać w Sebastiana, bo po raz pierwszy w historii tej szkoły nie wyciągaliście się co przerwę na papierosa. Gratuluje. Robicie postępy. – Mad była wściekła. Panna Darcy leżała zadowolona z siebie na jej puchatym dywanie w kolorze purpurowym i marnowała papier fotograficzny w jej polaroidzie zabawnie machając nagimi stopami nad swoimi plecami. Młodsze dziecko państwa Clark nadal była pod wrażeniem tego jaką nienawiścią Sway pałała do jeansów. Ubierała je tylko z konieczności i w każdej wolnej chwili się ich pozbywała. A więc w czasie rozmowy leżała na wspomnianym wcześniej dywanie w damskich bokserkach, które kusząco podkreślały krągłość jej pośladków uwidaczniając jednocześnie delikatnie wystający brzuszek, a resztę jej garderoby stanowiła obcisła, biała bluzka na ramiączkach i rozpięta, wygnieciona koszula. Patrząc na nią miało się wrażenie, że dopiero co wstała z łóżka. Niezdarny i niedokładny kok na czubku jej głowy, który nie był wstanie utrzymać takiej ilości włosów jaką ona posiadał również przywodził na myśl małą dziewczynkę, która symuluje chorobę aby uniknąć męczącej klasówki w szkole.
-Cóż… Muszę przyznać, że omijanie go nie było dobrym pomysłem, i z pewnością było ostentacyjne, i na pewno nie pomogło zachowaniu zdarzeń z ostatniej nocy w sekrecie, ale…
-Tak Sway, wymyśl jeszcze jedną marną wymówkę, a ja udam, że ją łykam. A potem wmówię Ci, że omijanie jego osoby poprzez wychodzenie poza teren szkoły by dostać się do klas przez inne wejście do szkoły było dobrym pomysłem i świadczy o Twojej klasie.



Nienawidził takich dni jak ten. Właśnie w takich sytuacja można go było nazwać człowiekiem z depresją. Przytłaczała go cisza w jego pokoju i brak światła, którego nie chciał zapalać, bo czułby się w obowiązku coś zrobić. A on się czuł… Właściwie pasowałby określenie; sfrajerowany. Nikt nigdy nie wykorzystał go do własnych celów. Zazwyczaj to on okręcał sobie wokół palca naiwne panny, wykorzystywał je seksualnie, stawiał jednego lub dwa drinki i o nich zapominał. Tylko one same czasami machały do niego jak kretynki na peronach i przystankach autobusowych. Miał ochotę krzyczeć ze złości, ponieważ nie miał do kogoś gęby otworzyć. Jedyne co robił to przewijał piosenki na swoim iPodzie po przesłuchaniu trzydziestu sekund piosenki w poszukiwaniu melodii idealnie pasującej do jego nastroju. Jednak taka nie istniała.
-Jeszcze trochę i zacznę się o to obwiniać szukając czegoś co mogłem spierdolić, jasne kurwa mać. – wyszeptał ledwo ruszając ustami, a jego wargi delikatnie przesuwały się po wierzchu dłoni, który przytknął do swoich ust aby upewnić się czy jeszcze oddycha. Milczenie i bezsens, który go otaczał wprowadzał go powoli w obłęd i nie wiedział czy śni czy jednak nadal jest na jawie.
„Nie chce być z Tobą. Jesteś nudnym, egoistycznym dupkiem, którego problemy przerastają jego własne ego. Spadam stąd, już nie będę dłużej Twoją zabawką erotyczną.”
-Pierdolę cię Charllot. Gdybym dostał cię teraz w swoje ręce to zabawilibyśmy się jak jeszcze nigdy w życiu. – Brian zastanawiał się chwilę nad swoimi słowami wstrzymując odtwarzanie muzyki i wpatrując się w sufit. – Gdybym nie zabił cię gołymi rękami na wstępie.
Nie miał pojęcia, że zraniona duma, aż tak boli.


-Łazienka jest na końcu korytarza i na lewo. – Madlenn poinstruowała Sway, która przykładała z całej siły nadgarstek do lewej dziurki nosa z której płynęła krew. Dziewczyna wyglądała na zrezygnowaną, ale nie przerażoną. Ciągłe krwotoki z nosa stały się dla niej czymś zwyczajnym i nie widziała sensu w tłumaczeniu z jakich powodów te krwotoki nie ustają.
-A światło to Yeti zjadło, co? – Sway była zirytowana. Jej ulubiona koszula powoli stawała się coraz bardziej czerwona, a ona nie mogła sobie przypomnieć czy to w ciepłej czy w zimnej wodzie lepiej schodzi krew.
-Żarówka się przepaliła, ty wredna małpo. – Po chwili zastanowienia i ze złośliwym uśmiechem na ustach Madlenn dodała: - Ty wredna małpo w czerwonym.
-Odwal się.
W połowie korytarza Sway nie mogła sobie przypomnieć czy skręcić miała w lewo i mijając kolejne drzwi doszła do wniosku, że nie będzie się upokarzać i cofać się by powtórzyć pytanie. Najwyżej będzie się szarpać z zakluczonymi pomieszczeniami.
Właściwie to po co im tyle pokoi? Jakie to nie praktyczne…
Chwycił za pierwszą lepszą klamkę i nacisnęła ją. Drzwi nie stawiały oporu i pod naporem jej barku uchyliły się. Nadal przyciskając rękę do krwawiącego nosa zaczęła po omacku szukać włącznika światła, gdy ciemności się rozproszyła zauważyła, że nie tylko nie znalazła się w toalecie, ale również, że na środku pokoju, w którym się znalazła stoi wysoki brunet w samych bokserkach.
-To wyzwanie? – powiedziała filuternie patrząc mu w oczy.

______________________________________________________
Potwornie lubię to opowiadanie. Będę musiała poświęcić więcej czasu na realizację  dalszych rozdziałów. To takie osobiste i prawdziwe.

Jest dużo rzeczy, które chcę sobie przypomnieć o sobie.

Rozdział 1: Night will be my immortal lover

[piętnaście lat wcześniej]

Dochodziła szósta trzydzieści nad ranem, gdy Briana przebudził odgłosy krzątania w kuchni. Niezadowolony przetarł małymi piąstkami swoje niebieskie oczy, przy okazji wyciągając z nich pozostałości snu w postaci śpioszków w kącikach. W domu panowała ponura, przytłaczająca szarość. Niedobudzone słońce oddawało niewiele światła. Cały świat wydawał się mętny i nieprzyjazny.
Mimo chłodu, chłopiec wygramolił się spod ciepłej kołdry i bosymi stopami pomaszerował do pomieszczenia, z którego dochodziły hałasy. Schodząc po schodach uświadomił sobie, że jedyną osobą, która o tak wczesnej porze może być na nogach jest jego ojciec.
Cichutko przysiadł na jednym z wielu schodków i przyglądał się jak jego rodziciel zamyka stojącego na kuchennym blacie laptopa i sięga po płaszcz kierując się do wyjścia.
Szybko podniósł swoje drobne ciałko i pobiegł za ojcem.
Chciał go przytulić na pożegnanie. Był tylko dzieckiem. Jego podstawową potrzebą było ciepło rodzicielskiego uścisku.
Mimo swojego młodego wieku już wiedział, że coś jest nie tak. Rodzice nie rozmawiali ze sobą. Od dawna nie widział żeby ojciec przytulił matkę tak jak robili to rodzice jego kolegów. Zastanawiał się czy zrobił coś źle, czy to może nie jest przypadkiem jego wina.
Zanim zdążył dogonić ojca ten juz zatrzaskiwał za sobą drzwi. Nie zauważył syna, który wyciągnął rękę w celu zatrzymania zamykanych drzwi. Nie udało mu się odsunąć drobnych paluszków, które zostały przygniecione siłą impetu.
Jego ojciec niczego nie zauważył. Jego myśli zajmowały sprawy sto razy istotniejsze od rodziny, która oczekiwała nie pieniędzy, ale jego obecności. Sprawy ważniejsze od jedynego syna, który trzymając się za przytrzaśnięte palce, zagryzał wargi powstrzymując się od płaczu.
Do końca życia zapamiętał ten moment. Nie z powodu połamanych paznokci i pogruchotanych kości środkowego palca.
Zapamiętał ten moment z powodu bólu w sercu, którego nie rozumiał., Ale obiecał sobie, że prędzej umrze niż uczyni coś podobnego swojej rodzinie.


Powoli mijał kolejny upalny dzień. Pełen słońca i radości wylewającej się za każdego kąta. Pracowite owady przenosiły pyłki z kwiatka na kwiatek idealnie komponując swoją melodię z delikatnym szumem drzew. Jedyna i niepowtarzalna melodia lata, której najważniejszym elementem jest tupot małych stup i głośny, niewinny śmiech. Jeden z tych dni, gdy całe rodziny wybierają się na mały, niedzielny piknik do parku.
W zacienionej części parku, tuż przy stawie swój kocyk rozłożyła pewna nieliczna, bo trzyosobowa, rodzina. Radość biła z ich twarzy tak wyraźnie, że ludzie przechodzący obok również się uśmiechali, niektórzy nawet zbierali odwagę by podejść do małej, pulchnej dziewczynki o ślicznych ciemno czekoladowych loczkach, zaczesanych w dwa kucyki i rozmawiali z nią.
Ona po skończonej rozmowie biegła do swoich rodziców, którzy obserwowali wszystko z daleka i opowiadała im dokładnie przebieg konwersacji. Zdając relacje i opisując swoich gwałtownie gestykulowała, a gry dorosłych rozbawiła jakaś część jej wypowiedzi tupała mała nóżką, odzianą w różowe buciki i wydymała usta jak mała księżniczka.
Jej rodzice byli młodzi i całkowicie do siebie nie podobni. Kobieta była niemal odbiciem córki, tyle, że szczuplejszym i starszym o całe dwadzieścia trzy lata. Jej twarz również okalały brązowe loki zabawnie zakręcając się wokół brody, tworząc coś na podobieństwo aureoli. Spod niedbale przyciętej grzywki przebijały się kuszące, ogromne oczy w kolorze wiosny.
On natomiast miał włosy ciemne jak noc. Spojrzenie jego było tajemnicze i puste. Cała jego postawa świadczyła małym zainteresowaniu tym, co się dzieje dookoła. Jedynie, gdy mała istotka siadała na jego kolanach i zarzucając mu malutkie raczki na szyję domagała się uwagi i pieszczot jego czarne oczy rozświetlał blask miłości.
Miłości, którą ciężko było dostrzec pomiędzy tym dwojgiem dorosłych ludzi. Uczucie, które pojawiało się tylko wtedy, gdy ich wspólny promyk radości znajdował się w pobliżu. Gdy dziewczyna oddalała się chłód panujący pomiędzy nimi był widoczny. Ciężko było im wykrzesać w sobie, chociaż odrobinę sympatii, aby porozmawiać nawet na banalne tematy. Nieważne jakby się starali, poczucie winy w stosunku do siebie było zbyt wielkie, zbyt przytłaczające.
W pewnym momencie kobieta zauważyła przechodząc po przeciwnej stronie stawu blondynkę, która machała radośnie do jej męża i gestem pokazywała mu żeby zadzwonił.
Mogłaby to uznać za głupi żart, gdyby nie wiedziała, kim jest ta kobieta i jakie kontakty wiążą ją z jej mężem. Z jej twarzy zniknął uśmiech, a ręce zaczęły drżeć. Przestała odczuwać duchotę spowodowaną upałem. Odwróciła się do córki i pocałowała ją w czoło.
-Swey, proszę Cię idź razem z innymi dziećmi porzucać łabędziom chlebek, dobrze? Mamusia musi porozmawiać poważnie z tatusiem.


[maj]

Zbliżała się druga w nocy, gdy nagi Brian Clark wyszedł na balkon trzymając w dłoni odpalonego już papierosa.
Niebo nad jego głową zgasło wiele godzin wcześniej. Ciężko było na nim doszukać się jakiejkolwiek, nawet najmniejszej, gwiazdki, która rozświetliłaby ciemne niebo i jego myśli.
Przedmieścia Schwarzenburga już dawno ukołysane zostały do snu. Drogie mosiężne lampy uliczne zgasły pogrążając okolicę w całkowitych ciemnościach. Bystry obserwator dojrzałby może pojedyncze iskierki kolorowych lampek dla dzieci, które pozostawili zmartwieni snem pociechy rodzice.
Mężczyzna zaciągnął się porządnie, gdy czyjeś szczupłe dłonie pogłaskały jego klatkę piersiową. Śliczna blondynka o długich nogach i idealnym ciele przylegała ściśle do jego pleców, ocierając policzkiem o mięśnie barków.
Tak, Charlotte była dla niego idealną dziewczyną. Przewodnicząca miejscowego liceum, świetna pływaczka i do tego wierszo pisarka. Zawsze pachniała słodkimi cynamonowymi ciasteczkami.
Ten zapach doprowadzał go do szaleństwa. Intensywny, erotyczny, a jednocześnie delikatny.
Jej ciało zachęcało do erotycznych zabaw. Dziewczyna jak z okładki Voga.
Jednak nie to go w niej pociągało. Zdecydowanie wolała jej wnętrze. Była bezwzględna w osiąganiu zamierzonych celów. Jej ambicja pożerała z dnia na dzień coraz więcej możliwości i zainteresowań. Musiała być doskonała we wszystkim. Niezależnie od ceny.
Ogół społeczeństwa szkolnego uważał ja za cnotliwą katoliczkę, nieskalaną dziewicę.
Prawda jednak była taka, że była równie wredną i bezwzględną istotą jak on.
Domyślał się, że ona nic do niego nie czuję. Był niemal pewny, że chce go wykorzystać.
Szczerze mówiąc, to podejrzenie było w nim zawsze. W każdym związku, w jakim był obawiał się kłamstwa.
Zdawał sobie sprawę, że kobiety są najlepszymi intrygantkami. A przecież był znakomitym kąskiem dla nie jednej. Albo nie on, a jego ojciec.
Ciężko jest być synem dyrektora najlepsze placówki edukacyjnej w promieniu 372, 82 mil.
Przyzwyczaił się do tego, że ludzie potrafią przymilać się do niego i mówić wszystko, co chce usłyszeć byle wybłagać jakieś względy.
Po jakimś czasie przestał się tym przejmować.
Nie interesowały go intencje Charlotty. Z tych nielicznych rozmów, które odbyli na poważnie wywnioskował, że nie zależy jej na nim. Jej myśli skierowane były wyłącznie na stypendium, które chciała uzyskać, aby dostać się na dobre studia, jednak nie należała do osób cierpliwych i miała spore zaległości w materiale wyznaczonym na ten rok szkolny.
Raczył się umiejętnościami i wygimnastykowanym ciałem, którego urokami cieszył się coraz częściej. Bywały chwile, kiedy jej egzaltacja go irytowała. Nudziły go też powtarzające się pozycje seksualne.
Mimo to nie potrafił jej odesłać jak wszystkich poprzednich. Wciąż do niej wracał. To właśnie jej numer wybierał, kiedy męczył go ciągnący się w nieskończoność wieczór, a jego myśli krążyły w niebezpiecznych sferach.
Nie kochał jej. Tego był pewny.
Niepokoiło go coś innego. Bał się, że może się w niej zakochać.
Myśl ta napełniała go tak obezwładniającym przerażeniem, że jeszcze skrupulatniej przyglądał się jej poczynaniom. Analizował każde jej posunięcie i próbował zniechęcić sam siebie do jej osoby. Niestety był wobec siebie bezsilny. Jedyne, na co liczył to, to, że ta słabość szybko minie.
Odwrócił się przodem do niej i oparł czoło o jej skroń. Wiedział, że takie gesty sprawiają jej przyjemność. Gdzieś pod powłoką okropnej i egocentrycznej panny, kryła się w niej kobieta, która potrzebowała ciepła. Z jakiegoś powodu fascynowała go jej osoba. Była jak połączenie osoby, która był i którą chciałby się stać. Gdy ją poznał widział w niej tylko dziewczynę, która stara się upodobać rodzicom, jednak z czasem odkrywał w niej ta druga stronę medalu i to właśnie ona go fascynowała.
- Brian, chciałabym z tobą porozmawiać. – Blondynka spojrzała na niego spokojnym wzrokiem. – Bez podtekstów seksualnych. – Dodała widząc jego wzrok skierowany na jej piersi.
Brunet skinął głową i obejmując ją jednym ramieniem pociągnął do pokoju.
- Słucham. Co chciałaś mi powiedzieć?
Niczym nie mogła go zaskoczyć.







Laptop podłączony do całej gamy głośników, które zostały wyciągnięte dosłownie spod ziemi, grał od pół godziny tę samą piosenkę Joe Cocker’a – Summer In The City. Siedemnaste urodziny Madlenn Clark odbyły się z należytym hukiem i rozgłosem, jaki należał się gwieździe Swarzenburga i przyjaciółce Sway Darcy.
Apartament rodziny Darcy znajdujący się, przy ulicu A. Einsteina przypominał najpopularniejszy klub w mieście tuż po zakończeniu imprezy otwierającej sezon letni. Zapach spalonego tytoniu był wszędzie. Dywan przeszedł nim zapewnie już na zawsze.
Kuchenny blat lepił się od wódki. Na oparciu czerwonego, obrotowego krzesła smętnie wisiała czarna sukienka.
Wybrakowane elementy garderoby zmieszały się z niedopałkami papierosów, butelkami po piwie i odłamkami szklanek, które swój smętny, alkoholowy żywot skończyły na podłodze wraz z kilkoma uczestnikami imprezy.


-Kurwa, Sway, ściągaj ta sukienkę, albo nie ręczę za siebie!
Oburzony szept rozniósł się delikatnie po sypialni. Na łóżku, w pełny negliżu, jakby pozował do aktu, leżał Sebastian Appel. Jego atletyczne ciało kusiło opalenizną znad morza czarnego.
Wyćwiczone na basenie mięśnie napinały się i rozluźniały próbując dosięgnąć siedzącą w nogach posłania brunetkę. Całe pomieszczenie wypełnione było dziwną mieszaniną zapachów. Wszechobecny zapach alkoholu i tytoniu zmieszał się z piżmowymi perfumami dziewczyny i zdecydowaną i agresywną wonią jego wody kolońskiej. Jedynym źródłem światła była zapalona przez niego świeczka, która miała, w jego mniemaniu, nadać sytuacji posmak romantyzmu.
Na szafce, podobnie jak w salonie i wszystkich innych pomieszczeniach mieszkania, stała opróżniona do połowy butelka Martini. Półprzezroczysta ciecz kusiła swoim wyglądem i działaniem odurzającym.
Odchyliła głowę do tyłu, sprawiając, że jej długie włosy wylądowały na jego klatce piersiowej. To była tak piękna noc. Długa, pełna emocji. Uwielbiała sposób, w jaki co roku rozpoczynał się jej maj. Jej miesiąc. Mimo wypitych drinków, piwa i czystej wódki była nader boleśnie trzeźwa. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, w jak tragicznie niezręcznej sytuacji się znalazła. Tak, chciała wykorzystać Sebastiana jednak, kiedy w końcu znaleźli się w sypialni, a jego dłonie spoczęły na jej ciele ponownie naszyła ją wizja konsekwencji jej lekkomyślnego zachowania.
Przymknęła oczy próbując odgonić od siebie natarczywe myśli.
„Gdybym była pijana, byłoby łatwiej.”
Cały wieczór próbowała się wprowadzić w stan upojenia. Praktycznie nie rozstawała się z butelką. Nie udało się. Każda, nawet najmniejsza komórka jej ciała pozostała trzeźwa. Całe jej ciało walczyło z nią.
Jego widok, który w wielu innych przypadkach był dla niej boleśnie podniecający, tej nocy nie wywoływał nawet uścisku w podbrzuszu. Jej piersi nie twardniały, a w głowie brakowało zawrotów.
Nic. Jedno, wielkie, fenomenalne NIC.
-Sway, obiecałaś mi to. Nie każ mi dłużej czekać, bo będę zły. – Spojrzał się jej w oczy nadal bawiąc się jej włosami. Zakręcał je wokół swoich palców, przykładał do ust, głaskał. – Jesteśmy przyjaciółmi i nie chciałbym żeby coś tak głupiego jak ten zakład to popsuło. Sway, proszę Cię. – Tym razem to on zamknął oczy. Nie, nie chciał tego. Była dla niego jak siostra. Ale obietnica, to obietnica.
Nawet nie chciał zaprzeczać, że go pociąga. Było to dla niego naturalne. Znali się zbyt długo by nie dostrzegł subtelności w jej zachowaniu, prowokacyjnych gestów i spojrzeń.
Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, że chcą tego.
Sprawdzić czy istnieje między nimi napięcie seksualne. Czy kiedykolwiek mogliby być kochankami? Ta wątpliwość nie opuszczała ich przecież od szesnastego roku życia. Obiecali, że zakończą to raz na zawsze. Właśnie tego dnia.

Sięgnęła pod łóżko po butelkę wina i wypiła z niej sporą ilość. Nie miała nic do stracenia, a sama złamała zasady, które ustalili wspólnie.
Nie było, czego się bać, najwyżej im nie wyjdzie.

Pochyliła się nad nim i zdejmując z siebie sukienkę szepnęła prosto w jego usta:
-No, to jazda.

Awake & Alive - 02

Szybkim krokiem chodniki przemierzała Cruel. Jej wysokie obcasy wystukiwały równy, jednostajny rytm, stawiała idealnie odmierzone kroki, nie dlatego, że było to wygodne – po prostu lubiła się popisywać. Nawet jeśli jedynym widzem była ona sama.



Pum, pum, pum, pum.



Włosy niczym płaszcz osłaniały jej ramiona, cała jej postać otulona była aureolą gęstych włosów, które wiły się wokół jej sylwetki, niczym węże na głowie Gorgony, choć twarz miała pochyloną, a oczy skryte właśnie pod tymi gęstymi włosami, coś mówiło przechodniom, że lepiej jej nie zaczepiać. I dobrze, że żaden z okolicznych „łobuzów” nie był na tyle odważny by stanąć na jej drodze. Nie lubiła przemieszczać się w mieście, to znaczy za życia to uwielbiała, jednak teraz, kiedy już człowiekiem żadną miarą nie była, przebywanie w takim tłumie ludzi wyprowadzało ją z równowagi. Próbowała się wyłączyć i nie słyszeć tych wszystkich głosów w swojej głowie, ale nie piła krwi już od tak wielu dni, że wszystkie jej wampirze zmysły wyostrzyły się. Była teraz łowcą, brutalną bestią, która powinna znaleźć najbardziej upodlone dusze i rozszarpać ich gardła by zaspokoić nie tyle głód co potrzebę człowieczeństwa. Właśnie dlatego jej dusza wróciła na ziemie. By wyławiać tych, którzy w swoim sercu mają mrok i by ich... anihilować, zadawać śmierć, unieszkodliwiać... Jak zwał tak zwał, a kończyło się to śmiercią. Bycie wampirem nie było nagrodą, a karą, chociaż wielu może się wydawać, że powinno być odwrotnie. Nieludzka siła i prędkość, uroda, nadnaturalne zdolności i inteligencja. To wszystko wydaje się być spełnieniem marzeń człowieka, jednak nie jest. I właśnie dlatego, że bycie wampirem, większości wydawało się przekleństwem, dlatego większość z pierwotnych wampirów poszukiwała sposobu na śmierć, na uwolnienie się od tego tułaczego jestestwa na ziemi. Wielu z nich wydawało się, że wypełnianie swojego obowiązku, czyli usuwanie ludzi, którzy dążyli do autodestrukcji, zapewni im coś w rodzaju „odkupienia” i ich dusza zazna spokoju. Mimo setek lat, które minęły od „Wielkiej Tragedii”, wampiry które wtedy się pojawiły nadal żyły i traciły nadzieje na jakąkolwiek zmianę.

Jednak Caroline nie traciła nadziei. Nie mogła sobie na to pozwolić. Bo tylko ta nadzieja trzymała ją w pionie. I dlatego właśnie, mimo porażek i rozczarowań, które przez setki lat odcisnęły na niej piętno C. nadal była nazywana Cruel – najbardziej okrutna i najbardziej sprawiedliwa. Potrafiła pozbawić człowieka życia bez mrugnięcia okiem, jeśli tylko wydawał się jej winnym. Jakim cudem nieoszalała? Cóż, zdaniem Bebe i kilku innych wampirów, które poznamy wraz z tokiem powieści, wszystkiemu winna jest jej przeklęta pewność siebie. Cruel, gdy już raz podjęła decyzje nie zastanawiała się wiele, tylko działa. Potrafiła być niczym tajfun, ale taką samą determinacją odznaczała się, gdy przyszło jej bronić niewinnych. A i takie sytuacje się zdarzały.





Pum, pum, pum, pum. PAM.



Czarne szpilki stanęły w szeregu i miarowy rytm się zatrzymał. Pogrążona w rozmyślaniach Caroline stała przed jedną z niewielu ocalałych starych kamienic, która ku jej wielkiemu zdziwieniu była odnowiona i nawet zachęcała swoim wyglądem. Szkopuł nie tkwił jednak w jego wyglądzie, ale przeznaczeniu. Przez zasłonięte czerwonym materiałem okna prześwitywały cienie tancerek, które wdzięcznie poruszały tym co im matka w spadku zostawiła.



Cruel z uśmiechem kota, który odkrył właśnie w kuchni pozostawione bez opieki mięso, oparła się barkiem o ciężkie drzwi popychając je w przód i pewnym siebie krokiem weszła do lokalu o wdzięcznej nazwie: Play Hause.

Awake & Alive - 01

Ktoś wtargnął do pomieszczenia. Zdecydowane i odrobinę zirytowane kroki dudniły w całym pokoju, mimo drogiego i barwnego dywanu rozciągniętego na podłodze. Było ciemno - grube kotary zostały mocno zaciągnięte. Jedynie pojedyncze promienie słońca przedostawały się do wnętrza wydobywając głęboką czerwień dywanu.

Blondynka o pociągłej twarzy i pięknych blond włosach sięgających szczęki podeszła do łóżka, które zajmowało większą część pokoju, przy okazji sprawnie omijając te pojedyncze pasma światła słonecznego, które się do pomieszczenia wkradły.

-Wstałabyś z tego łóżka w końcu. Poszła gdzieś. No nie wiem... Zabawiła się. Poznała kogoś. Nie wiem... Zniszcz komuś życie, rozwiej wszelkie ideały i nadzieje... Cokolwiek! Wykorzystaj kogoś lub co tam chcesz. Zrób coś co zawsze robisz. A nie. Leżysz w tym łóżku i wzdychasz. - Jednym zdecydowanym ruchem dosunęła kotary. Założyła ramiona na na piersiach i z wyrzutem w oczach wierciła dziurę w plecach brunetki, która nawet nie zaszczyciła jej spojrzenie. Dalej leżał na brzuchu czytając książeczkę, której strony już dawno pożółkły a i atrament nie wyglądał na świeży.

-A widzisz, od leżenia w łóżku jeszcze nikomu się nic nie stało. Najgorsze co może łóżko ci zrobić, to sprawić, że nabawisz się odleżyn. No powiedz, czy łóżko kiedyś cię oszukało, albo wbiło nóż w plecy? - kontynuowała obojętnie przerzucając strony pamiętnika.

-Nie, nie przypominam sobie.

-A widzisz, ludzie tak robią. Dlatego też już nigdy nie założę sukienki z odkrytymi plecami. Te wszystkie blizny źle wyglądają. - W kocu brunetka spojrzała na koleżankę. Usiadła na łóżku krzyżując swoje nogi. Przy każdym oddechu jej piersi falowały objęte koronkowym stanikiem. Cruel ubrana była tylko w ciemno-granatową bieliznę, ale jakoś nie czuła się zawstydzona.



Ona i Bebe znały się już od kilku dobrych stuleci i nie jedną awanturę miały na swoim sumieniu. Wiele te dwie łączyło i można by powiedzieć, że znały się jak łyse konie. Jednak wieczność to ogrom czasu, dlatego nie przebywały ze sobą cały czas. Bywały dekady, gdy nie mogły na siebie patrzeć i przebywały na dwóch różnych kontynentach. Nie zmieniało to jednak faktu, że były sobie bliskie jak siostry. I pewnie dlatego Bebe postanowiła przestać zgrywać dobrą i wyrozumiałą przyjaciółkę.



-C. Słuchaj. Dobra, te blizny najpiękniejsze nie są. To trzeba przyznać. Ale wyglądają groźnie. Bo przepraszam, ale jaki debli zaatakuje kogoś tak doświadczonego przez życie? Wyobrażasz sobie kim musiałby być człowiek, który wbiłaby w twoje pokiereszowane plecy kolejny nóż? Przecież to musiałby być samobójca. Wokół tyle łatwych zdobyczy, świeżej gładkiej skóry, która nie spodziewa się ataku. Dobrze wiesz, że niezależnie czy mówimy o ludziach, czy o wampirach zadawanie bólu niewinnym jest łatwiejsze niż zmierzenie się z równym sobie. A z Tobą byle wampir nie może się równać. Tylko Ci najbardziej zaciekli i wytrawni zawodnicy próbowali by się z tobą. Wstawaj. W razie czego cię osłonie. Teraz już tu jestem Caroline.



Dziewczyna gwałtownym ruchem zsunęła się na brzeg łóżka wtulając swoją twarz w brzuch przyjaciółki. Ta z kolei głaskała ją po włosach, które całe były splatane od wielodniowego leżenia w łóżku.



-Muszę przyznać, że to co powiedziałaś Be. to najbardziej rozczulająca rzecz jaką słyszałam od co najmniej dwóch stuleci najmniej. Stwierdzam oficjalnie, że się starzejesz. Czyżbym wyczuwała zapach instynktu macierzyńskiego?



Mimo stuleci na karku zarówno Bebe, jak i Cruel czuły się młode, nic dziwnego więc, że B. słysząc z ust brunetki tak zaczepne słowa, chwyciła ją za ramiona i z rzuciła z łóżka na podłogę. Przez długą chwilę turlały się po podłodze na zmianę śmiejąc się i grożąc sobie śmiercią. W powietrzu unosił się kurz ze starego dywanu, a drewniany parkiet wydawał jęki przy każdym ich poruszeniu. Przez chwilę obie czuły się młode i szczęśliwe. Jenak tuż za drzwiami czekał świat, któremu trzeba było stawić czoła. Nie dlatego, że taki był ich obowiązek (chociaż to też), ale między innymi dlatego, że po każdym nieszczęściu trzeba się podnieść, wziąć oddech i iść dalej. Świat nie zatrzymuje się dla tych, którzy mają serca złamane. Czas nie stanie w miejscu, tylko dlatego że ktoś czuje się źle. Nie. Świat pędzi nieubłaganie i aby nie zostać zmiażdżonym przez wszystkie zmiany, trzeba pędzić na równi z nim. I obie wampirzyce wiedziały, że ani ta chwila smutku, ani chwila radości nie może trwać dłużej. Życie choć jest darem, jest nieustanną pracą, gdyż o najdroższe rzeczy trzeba dbać.



Blondynka zaczęła się podnosić, zawsze była osobą praktyczną dlatego nie chciała marnować czasu. Cruel, która odwraca się od świata i swoich obowiązków w jej mniemaniu nie było niczym dobrym, dlatego też zamierzała ją wykopać na zewnątrz tak szybko jak było to możliwe. A obecnie brunetka wykazywała chęci do życia w stopniu dość widocznym, a ona nie zamierzała przepuścić takiej okazji.



-Nie wstawaj jeszcze. - Caroline leżała na plecach z zamkniętymi oczami. Jej twarz wydawała się być z kamienia. Gdyby przyjrzeć się bliżej można by zauważyć napięty mięsień nad górną wargą. Wcale nie chciała opuszczać tego pokoju. Czuła się tu bezpiecznie, leczyła swoje rany. Zagłębiała się we wspomnieniach. I dzięki temu leczyła nie tylko swoje ciało i duszę. Jednak czuła po zachowaniu przyjaciółki, że jej czas dobiegł końca. Nikt nie chciał już dłużej patrzeć na jej nieobecną twarz i sylwetkę włóczącą się bez celu po posiadłości. Twarze mieszkańców zawsze wyrażały współczucie dla jej sytuacji, gdy ich mijała, jednak teraz patrząc na twarz Bebe wiedziała, że świat ma już dość jej użalania się nad sobą. Nawet jeśli teraz nie miała siły nie mogła sobie pozwolić by inni martwili się o nią jeszcze bardziej. Wzięła więc głęboki oddech, wciągając w swoje płuca nie tylko tlen, ale również zapach tego starego domu, wyczuwała zapach byłych mieszkańców i poczuła ich siłę.



Sprawnym i płynnym ruchem uniosła swoje ciało z podłogi i skierowała się w kierunku drzwi. Jednak stojąc już w nich zatrzymała się i spojrzała znowu na Bebe, która już siedziała oparta o ramę łóżka z zadowoloną miną. W ręku trzymała pamiętnik, który przeglądała wcześniej Cruel.



-B. on tam gdzieś jest. Czuje to. Nigdy nie odchodzi daleko, zawsze krąży niczym wilk, który uwziął się na jedną ofiarę i nie odpuści dopóki nie zmiażdży jej karku w swoich szczękach.



-Mówisz o Sirusie?



-Kotku? A kto zadał większość tych ran? - kciukiem wskazała swoje plecy. Po tym odwróciła się próbując palcami rozczesać swoje włosy zniknęła Bebe z pola widzenia.

Awake & Alive - Prolog

Czy chciałbyś móc nie czuć? Nie oddychać, nie myśleć? Czy chciałbyś móc zapomnieć, jednocześnie cały czas pamiętając? Chcesz się pozbyć bólu, który nie może zostać uśmierzony? Czy kiedykolwiek pragnąłeś umrzeć? Nie kłam, ze mną możesz być szczery. Nie znasz mnie. Nie znam nikogo kto znałyby ciebie. Nie zdradzę twoich tajemnic, jestem tylko piękną nieznajomą wycierającą twoje łzy.



Chociaż nie wiem, czy można o mnie powiedzieć nieznajoma. Znam twój ból. Znam te noce, gdy zwijasz się do pozycji embrionalnej, pragnąć tylko umrzeć i dławisz się własnym krzykiem, bo boisz się, że świat zapyta: Dlaczego?



A odpowiedź na pytanie oznacza ogromny ból, a jednocześnie ulgę. Ale ulga to nie wyzwolenie. Ponieważ ulga oznacza pozbycie się bólu. A ból jest cenny, prawda? Jeśli czujesz ból to znaczy, że żyje.



Dlaczego myślisz, że gdy wykrzyczymy swój ból poczuję się lepiej. Skąd to absurdalne założenie, że jeśli przestaniemy cierpieć, będziemy szczęśliwi?Jeśli przestaniemy czuć ból nie będziemy czuć już nic. Nasze serca są jałowe. Nie zabieraj nam ostatniego uczucia jaki jesteśmy w stanie poczuć. Bo ból pozostaje tylko po tych pozytywnych emocjach.


A wiesz co rodzi się z pustki? Nienawiść. Nienawiść, która może pochłonąć tysiące istnień i przez tysiąclecia trwać niezmieniona w swojej formie.



A teraz odejdź. Zostaw nas samych, człowieku, który nie zasmakowałeś bólu. Miejsce tutaj jest tylko dla tych, którzy znają smak trucizny jaką jest poczucie samotności.



A ty? Pójdziesz ze mną? Chwycisz moją dłoń? Chcesz zobaczyć, jak swój ból zmienić w siłę? Jak pamiętać i nie rozpamiętywać?



Masz takie ciepłe ciało. Czuję jak twoje serce pompuje krew po całym Twoim ciele. Dlaczego moja dłoń jest taka zimna? To już inna historia, opowiem ci po drodze.